Nieskuteczna Ślęza przegrywa w hicie

Koszykarki Ślęzy Wrocław przegrały w meczu 16. kolejki z AZS UMCS Lublin. Porażka 55:68 bardzo ograniczyła szanse 1KS-u na zajęcie jednego z dwóch pierwszych miejsc po sezonie zasadniczym.

Wrocławianki zaczęły to starcie znakomicie, czując energię płynącą z wypełnionej po brzegi KGHM Ślęza Areny. Wszystkie pięć pierwszych posiadań ofensywnych zamieniły na punkty, a po drugiej stronie parkietu skutecznie zatrzymywały zespół z Lublina. W efekcie trener Karol Kowalewski musiał poprosić o czas przy stanie 10:2 dla gospodyń.

Time-out przyniósł korzyść, bowiem całkowicie odwrócił bieg zdarzeń na parkiecie. W ciągu następnych trzech minut straty lublinianek zmniejszyły się do dwóch oczek. Ślęza za sprawą dwóch udanych akcji G’mrice Davis powiększyła chwilowo swoją przewagę, lecz żółto-czerwone nie były w stanie jej utrzymać. Konsekwencja ich rywalek opłaciła się, bo po 10 minutach zamiast prowadzenia Ślęzy na tablicy wyników widniał remis.

Po wznowieniu gry zespół z Lublina nadal grał „swoje”, a ofensywa wrocławianek kompletnie stanęła. Arkadiusz Rusin mógł tylko rozkładać ręce widząc, jak jego podopieczne popełniały proste straty, czym napędzały swoje przeciwniczki. A te realizowały swój plan i gdy Ślęza oddawała im piłkę za darmo, to AZS UMCS dokładał kolejne punkty do swojego dorobku. Kwintesencją niemocy gospodyń w ofensywie była sytuacja, w której koszykarki 1KS-u zanotowały cztery kolejne zbiórki w ataku, a i tak skończyło się na błędzie 24 sekund. Po drugiej stronie parkietu prowadzenie lublinianek rosło i osiągnęło 11 punktów. Gospodynie przed przerwą odrobiły tylko trzy oczka i schodziły do szatni przegrywając 29:37.

Cel Ślęzy na trzecią kwartę był jednoznaczny – przejęcie inicjatywy i jak najszybszy powrót do gry. Problem żółto-czerwonych polegał oczywiście na tym, że zgoła inne założenia miał zespół z Lublina. Gdy tylko gospodynie przeprowadzały skuteczne akcje, ich rywalki odpowiadały tym samym. Przeszkodą w realizacji celu 1KS-u była także ciągła nieskuteczność wrocławianek, która nie pozwalała im się napędzić.

Kluczowym momentem spotkania był krótki okres, w którym Ślęza zmniejszyła straty do zaledwie czterech oczek. Trener Karol Kowalewski poprosił o czas i zatrzymał pościg 1KS-u. Po wznowieniu rywalizacji AZS UMCS przeprowadził serię 7:0. W tym czasie ofensywa wrocławianek przez niecałe cztery minuty nie zdobyła żadnego punktu, czym niezwykle mocno skomplikowała swoją sytuację. W efekcie pogoń żółto-czerwonych nie tylko nie przyniosła im skutku, a nawet straciła jeszcze jeden punkt.

Szanse Ślęzy definitywnie przekreśliły pierwsze trzy minuty czwartej kwarty. Lublinianki wyszły z chęcią zakończenia tej rywalizacji i zrobiły swoje, zdobywając 9 punktów bez odpowiedzi rywalek. Prowadzenie AZS-u UMCS-u urosło do 18 punktów i kwestią do rozstrzygnięcia pozostało tylko to, jaką różnicą punktów rozstrzygnie się to starcie.

Wrocławianki próbowały jeszcze jednego zrywu, ale przy stanie 60:48 dla lublinianek po przekroczeniu limitu fauli parkiet opuściła najpierw Davis, a następnie Digna Strautmane. Na ostatnie trzy minuty meczu najwyższą koszykarką Ślęzy była mierząca 183 cm Mehryn Kraker. Z oczywistych względów trudno było się wrocławiankom przeciwstawić dwumetrowej Kamili Borkowskiej i mierzącej 195 cm Draganie Stanković. W efekcie goście bez problemów dowiozły bezpieczne prowadzenie i AZS UMCS wygrał 68:55.

Ślęza przez cały mecz miała ogromne problemy ze skutecznością, trafiając tylko 26 procent rzutów z gry. Wrocławianki popełniły w dodatku 18 strat, a zanotowały tylko pięć przechwytów. Przy takich statystykach nie da się myśleć o wygraniu meczu, nawet trafiając 21 rzutów osobistych. Gospodyniom nie da się odmówić zaangażowania, lecz walka nie zawsze wystarczy.

Porażka 1KS-u z AZS-em UMCS-em w zasadzie przekreśla szanse Ślęzy na zajęcie jednego z pierwszych dwóch miejsc po sezonie zasadniczym. Wrocławianki tracą dwa mecze do lublinianek i drużyny z Gorzowa, mając jednocześnie gorszy bilans bezpośrednich spotkań z obiema drużynami. W efekcie jedni bądź drudzy musieliby przegrać trzy z ostatnich sześciu spotkań, a Ślęza wygrać wszystkie żeby awansować w ligowej tabeli. Zdecydowanie bardziej realnym celem żółto-czerwonych jest odparcie presji ze strony Enei AZS-u Poznań i obrona trzeciego miejsca. Bezpośrednie starcie obu drużyn w niedzielę, 1 lutego o godzinie 18:00.

Ślęza Wrocław – AZS UMCS Lublin 55:68 (18:18, 11:19, 11:12, 15:19).
Ślęza: Davis 17, Mielnicka 12, Kraker 9, Zięmborska 8, Kulińska 5, Vihmane 4, Strautmane, Fiszer, Jeziorna 0. Jasik DNP.
AZS UMCS: Stanković 16, Borkowska 15, Ullmann 10, Wnorowska 9, Ryan 7, Slocum 6, Wojtala 5, Morawiec, Pogorzelska 0. Adamczuk, Rakowska DNP.

Zmarła Janina Spisacka

W czwartek, 15 stycznia, zmarła Janina Spisacka. Legenda Ślęzy Wrocław zarówno na parkiecie, jak i poza nim. Miała 91 lat.

Janina Spisacka, urodzona w 1935 roku we Lwowie, do Wrocławia trafiła w ramach repatriacji po II Wojnie Światowej w 1946 roku. Jak wspominała po latach: „Miałam 11 lat, gdy razem z rodzicami w ramach repatriacji na ziemie zachodnie pociągiem towarowym, podobnie jak wielu innych Polaków z tamtego terenu, trafiliśmy do Wrocławia.”

Swoją przygodę z koszykówką zaczęła pod okiem trenera Edwarda Damczyka w I LO we Wrocławiu, którego była uczennicą. To właśnie ekipa z I LO stworzyła początki sekcji koszykówki w 1KS. Bez wątpienia można określić Panią Janinę pionierką wrocławskiej koszykówki kobiet. Żółto-czerwone barwy reprezentowała od rozpoczęcia działalności sekcji, od 1953 roku.

„Kontakt z wychowaniem fizycznym w szkole powodował, że często zostawałyśmy po lekcjach i grałyśmy w siatkówkę lub koszykówkę. Tak tworzyła się nasza szkolna reprezentacja. Rozgrywaliśmy mecze międzyszkolne. Ja chodziłam do II liceum. Środowisko związane ze Ślęzą wywodziło się z I liceum przy ulicy Poniatowskiego. Tam działał profesor Damczyk – wielce zasłużony dla koszykówki. Razem z nami przeszedł nasz trener Eugeniusz Spisacki. Zaproponowano mu, oprócz gry w drużynie, żeby zajął się trenerką, bo ma ku temu predyspozycje. W tym czasie był już studentem AWF. Tak zaczęła się nasza wspólna przygoda ze Ślęzą.”

Dla Ślęzy występowała nieprzerwanie aż do 1969 roku. Jak czytamy w wydawnictwie z okazji XXV-lecia klubu:

Mimo stosunkowo niskiego jak na koszykarkę wzrostu J. Spisacka przez szereg lat była jedną z najlepszych strzelczyń ekstraklasy. W zasadzie spełniała rolę rozgrywającej, nie przeszkadzało jej to by być również czołową egzekutorką. Gdyby urządzić plebiscyt na najlepszą w 25-letniej historii Dolnego Śląska koszykarkę, to niewątpliwie tytuł ten przypadłby Janinie Gerycz-Spisackiej.

Na przestrzeni 16 lat reprezentowania Ślęzy Pani Janina zapracowała sobie na status legendy klubu i była niezwykle popularna w całym Wrocławiu.

„W latach 50. tramwaje jeżdżące po Wrocławiu nie były zamykane. Miały półotwarte platformy, a na uchwytach przy drzwiach wisiało czasem po kilka osób, które nie zmieściły się w środku. We wszystkich tramwajach bilety były sprzedawane przez konduktora, który miał swoje podwyższone siedzisko. W takiej atmosferze jechałam na mecz. Jakimś cudem wcisnęłam się do środka i wtedy zobaczył mnie konduktor. Zerwał się i siłą wciągnął mnie na swoje miejsce, mówiąc głośno: „Pani jedzie na mecz, pani musi być wypoczęta!”. Byłam rozpoznawalna. Jako pracownik MPK konduktor był najprawdopodobniej kibicem Ślęzy.”

Pod koniec lat 50. Janina Gerycz wyszła za Eugeniusza Spisackiego. Małżeństwo przez lata pełniło w Ślęzie różne funkcje. W 1979 roku Pani Janina została namówiona do powrotu do 1KS-u w roli sekretarza. Wówczas Pierwszy Klub Sportowy był u szczytu swojej mocy. Państwo Spisaccy pracowali w Ślęzie do 1983 roku, gdy Pan Eugeniusz ciężko zachorował, a ze względu na sytuację rodzinną Pani Janina postanowiła zrezygnować z pełnionej funkcji.

Ślęza przez wszystkie lata niezmiennie pamiętała o swojej legendzie. W 2018 roku podczas gali „Talenty Ślęzy Wrocław” Janina Spisacka została uhonorowana tytułem „Legendy Ślęzy Wrocław”.

Hit kolejki we Wrocławiu – Ślęza podejmie AZS UMCS

W niedzielę o godzinie 18:00 w KGHM Ślęza Arenie koszykarki Ślęzy Wrocław podejmą LOTTO AZS UMCS Lublin. Obie drużyny spotkały się ostatnio w Sosnowcu, gdy górą w ćwierćfinale Pucharu Polski były wrocławianki. 

Drugie w tym sezonie starcie wrocławsko-lubelskie było niezwykle zacięte i rozstrzygnęło się dopiero absolutnie w samej końcówce. Na 6.4 sekundy Ślęza przeprowadziła akcję, która zakończyła się punktami Ketiji Vihmane. Lublinianki miały okazję wyrwać to zwycięstwo i awansować do półfinału, lecz rzut Aleksandry Wojtali został oddany po czasie, podobnie jak faul odgwizdany na rozgrywającej reprezentacji Polski. W efekcie żółto-czerwone wygrały 75:74 i był to fundament pod zwycięstwo w całym turnieju, zakończonym pierwszym w historii Pucharem Polski dla 1KS-u. Teraz obie ekipy spotykają się ponownie. W zespole Ślęzy wciąż utrzymują się pozytywne emocje związane z weekendowym triumfem w Sosnowcu.

– Mam nadzieję, że dla naszej pewności siebie ta ćwierćfinałowa wygrana ma znaczenie. Zwycięstwo w prawie ostatniej sekundzie zawsze dodaje tej pewności siebie, a i cały wygrany turniej mocno zbudował nasz zespół. Lublin to wciąż bardzo groźny rywal. Zobaczymy, w jakim składzie przyjedzie, bo podczas ćwierćfinału jedna z ich zawodniczek doznała kontuzji i nie wiadomo, czy będzie gotowa na niedzielę. Ale tak czy inaczej będzie to hit kolejki we Wrocławiu – mówi Dominika Fiszer.

Rozgrywająca Ślęzy zwróciła uwagę na kontuzję Markeishy Gatling, która w pierwszej kwarcie ćwierćfinału opuściła parkiet i nie powróciła do gry. Amerykanki z czarnogórskim paszportem nie było także w składzie lublinianek podczas czwartkowego meczu z Castors Braine w EuroCupie. Podopieczne Karola Kowalewskiego powetowały sobie niepowodzenie w pucharze, pokonując zespół prowadzony przez Krzysztofa Szewczyka 77:67. Koszykarki z Lublina do zwycięstwa poprowadziła Robbi Ryan, zdobywając 21 punktów i 10 zbiórek. 17 oczek dołożyła Destiny Slocum, 15 dorzuciła Dominika Ullmann. I bez Gatling lublinianki będą bardzo mocne pod koszem – zadbają o to Kamila Borkowska oraz Dragana Stanković. Na obwodzie za grę lublinianek będą odpowiedzialne wspomniane Slocum i Ryan, dla której będzie to z pewnością sentymentalny powrót do Wrocławia. Amerykanka może spodziewać się ciepłego przywitania przez publiczność w KGHM Ślęza Arenie, gdyż w zeszłym sezonie wywalczyła tytuł MVP sezonu zasadniczego reprezentując właśnie barwy Ślęzy.

We wrocławskiej hali oprócz powrotu Ryan i emocji gwarantowanych przez obie drużyny nie zabraknie także innych okołomeczowych atrakcji. Kibice będą mieli okazję zrobić sobie zdjęcie z Pucharem Polski, który eksponowany będzie w dostępnej dla każdego części obiektu. Wrocławski Szkolny Związek Sportowy przygotuje strefę animacji dla dzieci i młodzieży, a w trakcie spotkania będą organizowane konkursy z nagrodami. Nic zatem dziwnego, że bilety wyprzedają się bardzo szybko, a zostało ich już tylko niecałe 200. A to zapowiada znakomitą atmosferę na trybunach, z czego bardzo cieszy się Dominika Fiszer.

– Myślę, że świetnie będzie się grało przy pełnej hali. To będzie taki przedsmak play-offowej atmosfery w tym obiekcie. Po naszym sukcesie na pewno wiele osób chce przyjść i zobaczyć nas, a zapewne także i puchar. Bardzo fajnie złożyło się, że pierwsza kolejka po pucharze jest tak atrakcyjnym meczem – podkreśla zawodniczka 1KS-u.

Mecz Ślęzy z AZS-em UMCS-em ma jeszcze jeden wymiar – rywalizacji o rozstawienie w fazie play-off. Spotkanie obu drużyn w pierwszej rundzie zakończyło się zwycięstwem lublinianek 88:74. W przypadku 13-punktowej bądź mniejszej wygranej Ślęzy nadal to koszykarki AZS-u UMCS-u będą nad wrocławiankami przy takim samym bilansie zwycięstw i porażek na zakończenie sezonu zasadniczego. Żółto-czerwone powinny zatem dążyć do jak najbardziej okazałej wygranej, co oczywiście mając naprzeciw tak klasowego rywala będzie bardzo trudnym zadaniem.

– Dla trenera na pewno ma to znaczenie, dla mnie w tej chwili troszkę mniejsze. Jestem świadoma układów i konsekwencji bezpośrednich meczów, ale się na nich nie skupiam. Zostało jeszcze trochę grania i patrzę bardziej na to, co tu i teraz przed nami. Wierzę, że odniesiemy w niedzielę zwycięstwo. Jeśli 15 punktami, to wspaniale, jeśli mniejszą różnicą to również wspaniale – kończy Fiszer.

Początek niezwykle emocjonującego spotkania Ślęzy Wrocław z AZS-em UMCS-em Lublin w niedzielę, 18 stycznia o godzinie 18:00. Ostatnie sztuki biletów w cenie 30 i 15 zł można kupić za pośrednictwem platform Empik Bilety oraz Going., a także w dniu meczu w kasie hali. Dzieci do 6 roku życia wchodzą na trybuny za darmo, wystarczy pobrać bilet w kasie hali. Transmisję z tego spotkania przeprowadzi TVP Sport, a będzie można zobaczyć ją na stronie sport.tvp.pl bądź w aplikacji krajowego nadawcy.

„Grałyśmy w sposób, w jaki wcześniej chyba jeszcze w tym sezonie nie grałyśmy.”

Kapitan Ślęzy Wrocław, Digna Strautmane w obszernym wywiadzie opowiada o emocjach związanych z Pucharem Polski, wzlotach i upadkach na przestrzeni sezonu oraz wielu, wielu innych kwestiach…

Emocje po zdobyciu pucharu opadły? Nadal je czujesz, czy to już trochę odległe wspomnienie?

Zdecydowanie nadal to czuję – wręcz niewiarygodne jest to, jak tego dokonałyśmy. Oczywiście jestem bardzo szczęśliwa i mam nadzieję, że uda nam się przenieść tę pozytywną energię na kolejne mecze. Chcemy to podtrzymać, nie zatrzymać się tylko na emocjach związanych z pucharem. Bardzo ważne jest, żeby myśleć dalej o zwycięstwach i kontynuować sezon w takim zwycięskim stylu, wygrywać wszystkie kolejne mecze, które przed nami.

Wchodząc w ten turniej, mieliśmy  za sobą dużo wzlotów i upadków, lepszych i gorszych momentów. Jak to wyglądało z waszej perspektywy przed samym pucharem?

Myślę, że tak naprawdę nie wiedziałyśmy, jak to się potoczy. Ale po meczach mówiłyśmy między sobą, że mamy bardzo dobre przeczucia. Nie wiem, czy to była mniejsza presja, czy po prostu świadomość, że już wcześniej miałyśmy sporo trudnych momentów. Z drugiej strony dobrze trenowałyśmy i wiele rzeczy wychodziło nam naprawdę solidnie. Po tylu rozegranych meczach nigdy nie wiesz, jak zareaguje organizm – czy będziesz pełna energii i gotowa na kolejne spotkania, czy jednak ciało da znać o zmęczeniu. Nie można powiedzieć, że nie byłyśmy zmęczone, ale patrząc też na inne zespoły ten moment sezonu, świąteczno-noworoczny, jest bardzo trudny dla zawodniczek. Myślę, że świetnie poradziłyśmy sobie z utrzymaniem stabilności. W żadnym meczu się nie poddałyśmy. Nawet jeśli były słabsze momenty, nie załamywałyśmy się. Szłyśmy dalej, trzymając się planu. Nie mogę powiedzieć, że w trakcie sezonu zawsze realizowałyśmy założenia trenerów, ale w tych meczach – w większości tak. I to bardzo nam pomogło.

Skoro mówimy o planach – opowiedz o ostatniej akcji w ćwierćfinale. Czy od początku było wiadomo, że piłka trafi do Ketiji Vihmane, czy może miało to wyglądać inaczej?

Nie było jednej konkretnej opcji. Trener po prostu rozpisał zagrywkę z kilkoma możliwymi rozwiązaniami. Jedna z opcji się otworzyła, tak wyszło że był to wjazd Keti i myślę, że ona sama nawet nie planowała tego w ten sposób. Żadna zagrywka nie zakładała takiego wariantu gry jeden na jeden, ale czasem trzeba to po prostu poczuć. Ona to świetnie wyczuła, podjęła najlepszą decyzję i wyszło idealnie.

Czy to był moment, w którym pomyślałyście „okej, damy radę”, czy przyszło to później? A może wcale?

Zdecydowanie myślałyśmy, że jeśli wygramy pierwszy mecz, to możemy wygrać wszystko. A zwycięstwo z Lublinem dało nam ogromny zastrzyk pewności siebie. To świetna drużyna, która dodała nową zawodniczkę, więc ten rezultat był bardzo budujący. I myślę, że dobrze to później wykorzystałyśmy.

Dobrze. Przejdźmy do kolejnego meczu, przeciwko Gdyni. Oni cały czas naciskali, wracali do gry, ale z boku wyglądało to tak, jakbyście były zespołem, którego tego dnia po prostu nie dało się zatrzymać. Czy wy też tak to czułyście?

Tak, faktycznie. Drugi mecz był wyrównany przez cały czas, ale my nie miałyśmy poczucia, że jest to tak zacięte spotkanie. To wciąż bardzo dobra drużyna i nie myślałyśmy przez cały mecz, że na pewno wygramy, ale sposób, w jaki grałyśmy, i nasza stabilność robiły różnicę. Nie panikowałyśmy, gdy się do nas zbliżały. Byłyśmy zmęczone i wiedziałyśmy, że one nie grały meczu dzień wcześniej, więc nie było wiadomo, jak to się skończy. Dla nas kluczowe było to, czy damy radę utrzymać ten poziom do końca meczu. Przy krótszej rotacji bywa to trudniejsze, zwłaszcza pod koniec spotkań. Te mecze pokazały, że nawet przy zmęczeniu potrafimy zachować spokój i robić to, co trzeba.

Po tym meczu, oglądając nagrania z waszej radości, miałem wrażenie, że to było dość stonowane świętowanie. Jakbyście myślały: „okej, ale przecież zaraz kolejny mecz”. Dla mnie nie było tam aż tak dużo euforii jak po ćwierćfinale.

Tak, zgadza się. Myślę, że też dlatego, że to nie był ładny mecz. Przede wszystkim – nie byłyśmy super zadowolone z tego, jak grałyśmy. To jedno, a po drugie byłyśmy naprawdę bardzo zmęczone. Nie myślałyśmy wtedy jeszcze o kolejnym meczu, ale byłyśmy tak wyczerpane, że nie miałyśmy siły nawet skakać z radości. Oczywiście byłyśmy bardzo szczęśliwe z awansu do finału, ale ogólnie dominowało zmęczenie.

Nie wiem, co się zmieniło przez noc, ale już w niedzielę rano, podczas rozciągania i takich naszych rytuałów przedmeczowych miałyśmy wrażenie, że czujemy się o niebo lepiej niż dzień wcześniej. Nawet po finale same mówiłyśmy, że to chyba była czysta adrenalina związana z grą o pełną pulę. Każda z nas czuła, że przed decydującym meczem miałyśmy dużo więcej energii. Może po prostu wcześniej to w sobie trzymałyśmy, a w finale wszystko z nas zeszło i dałyśmy z siebie tyle, ile mogłyśmy.

Przed finałem z Gorzowem było wiele czynników związanych z meczem właśnie z tym rywalem. Czy tyłu głowy były myśli: grałyśmy z nimi dwa razy w sezonie i oba mecze przegrałyśmy, do tego po kontuzjach powróciły Weronika Telenga i Ashley Owusu. Nie nazwę tego uczucia strachem, ale raczej takim niepokojem.

Myślę, że trochę tak. Zdecydowanie to bardzo silna drużyna i wiedziałyśmy, że nie będzie łatwo i faktycznie nie było. Przy tak szerokiej rotacji patrzysz na zespół i nigdy nie wiesz, jakie zawodniczki będą odgrywać większą rolę, jak ułoży się mecz. Myślę, że przez porażki w sezonie zasadniczym, presja na nas była mniejsza, bo nie miałyśmy nic do stracenia. Oczywiście chciałyśmy wygrać, ale jeśli by się nie udało, to nie byłby koniec świata.

Ale tak jak mówiłam, myślę że każda z nas obudziła się z bardzo dobrym przeczuciem. Po meczu właśnie o tym rozmawiałyśmy, po prostu czułyśmy się dobrze i wiedziałyśmy, że to może być nasz dzień. Już przed spotkaniem widziałam, że mamy w drużynie świetną energię. W sobotę wieczorem myślałam, że może być gorzej, patrząc na nasze zmęczenie. Każda trzymała te uczucia w sobie, nikt nie chciał dać po sobie poznać, że jest bardzo zmęczony.

W takiej sytuacji nikt nie chce być tą, która narzeka.

Dokładnie! Nikt nie chciał tego głośno powiedzieć ani „wkładać tego do głowy” innym, ale myślę, że każda z nas o tym myślała. Ale z drugiej strony przed finałem też nikt nie chciał mówić, że czuje się aż tak dobrze. Dopiero po meczu rozmawiałyśmy o tym, że faktycznie wchodząc w ten mecz miałyśmy bardzo dobre przeczucia. Oczywiście nie chodzi o to, że wiedziałyśmy, że wygramy, no bo nigdy nie wiesz, jak rywalki się zaprezentują. Ale gdy mecz już się toczył i widziałyśmy, że mają troszkę niższy poziom energii od nas, wtedy poczułyśmy: okej, możemy to zrobić. Z każdą minutą miałyśmy coraz więcej energii i w porównaniu do innych trudnych meczów w tym sezonie i było widać, że pod tym kątem jesteśmy zupełnie inną drużyną niż zazwyczaj. Byłyśmy bardzo energiczne, wspierałyśmy się, grałyśmy zespołowo i dzieliłyśmy się piłką. I myślę, że to sprawiło, że tego dnia byłyśmy lepszym zespołem.

Jeszcze próbując rozszerzyć ten wątek- bo częściowo już na to odpowiedziałaś – czy było coś konkretnego, co sprawiło, że zapomniałyście o zmęczeniu i zagrałyście najlepszą trzecią kwartę, jakiej nie widzieliśmy w wykonaniu Ślęzy od dawna?

Wiesz co, nie było chyba jednej konkretnej rzeczy. Po prostu każda z nas czuła się dobrze i każdej wpadały rzuty. To była po prostu bardzo dobra gra zespołowa, a nie sytuacja, w której jedna zawodniczka wszystko ciągnęła, a potem coś jej nie wychodziło i nagle się zatrzymujemy. Grałyśmy dobrą obronę, a to napędzało nasz atak. Rywalki nie bardzo wiedziały, jak nas zatrzymać, kiedy tak dobrze dzieliłyśmy się piłką.

Grałyśmy w sposób, w jaki wcześniej chyba jeszcze w tym sezonie nie grałyśmy. One pewnie myślały, że zagramy indywidualnie, jeden na jeden, a my dzieliłyśmy się piłką i pilnowałyśmy, żeby każda miała swoje okazje na zdobywanie punktów. No i oczywiście trafianie rzutów bardzo pomaga! (śmiech) To był po prostu dla nas bardzo dobry dzień i ogólnie bardzo dobry turniej. Myślę, że to daje nam perspektywę na przyszłość – jak możemy grać i co robić, żeby codziennie być najlepszą możliwą drużyną.

Zajrzyjmy trochę za kulisy. Jak wyglądało świętowanie? Jakie były emocje, komentarze? Co mówiłyście sobie po podniesieniu pucharu?

Na początku wszystkie byłyśmy w szoku, że naprawdę to zrobiłyśmy i myślę, że każda z nas jeszcze troszeczkę niedowierza! Oczywiście była ogromna radość i każda cieszyła się sukcesem innych, to nie było takie egoistyczne „ja to zrobiłam, ja wygrałam”. Cały turniej spędziłyśmy jako drużyna, każdy mecz był testamentem dla ducha naszego zespołu, więc każdy cieszył się szczęściem innych. Każda zrobiła coś dobrego w kluczowych momentach i to pozwoliło nam zdobyć puchar. To nie była zasługa jednej zawodniczki ani samych trenerów – to była praca całego zespołu. I uważam, że właśnie tak musi wyglądać drużyna, która chce coś osiągnąć, zwłaszcza w tak trudnym turnieju z trzema meczami.

No dobrze. Jedna rzecz jest teraz oczywiście świeższa, ale co smakowało lepiej: podniesienie pucharu czy zdobycie brązowego medalu w kwietniu?

Hmm… Myślę, że nie da się tego tak bezpośrednio porównać. Oczywiście zdobycie trzeciego miejsca było czymś niesamowitym, zwłaszcza że rok wcześniej nie zdobyłyśmy medalu, więc brąz w zeszłym sezonie był czymś bardzo ważnym. Ale mimo wszystko odczuwałyśmy wtedy taki lekki niedosyt, bo czułam, że byłyśmy bardzo blisko finału i walki o złoto.

Ale tak teraz myślę, że wszystko dzieje się z jakiegoś powodu. Wyciągasz wnioski z tego, co wydarzyło się w poprzednim sezonie, i wykorzystujesz to teraz. W zeszłym roku nawet nie wygrałyśmy pierwszego meczu w pucharze, co też było rozczarowujące. Do tego brak gry w EuroCup, więc nie byłyśmy wtedy aż tak zmęczone, a mimo to przegrałyśmy w Pucharze i w półfinale. Mimo wszystko trzecie miejsce było świetnym doświadczeniem.

A ten turniej, ten puchar… Czułam, że potrzebowałyśmy tego zwycięstwa nawet bardziej niż rok temu. W zeszłym sezonie byłyśmy bardzo dobrą drużyną i wiedziałyśmy, że niezależnie od wszystkiego musimy być na samym szczycie. A teraz, po tylu wzlotach i upadkach ten zastrzyk pewności siebie był nam jeszcze bardziej potrzebny. Teraz już udowodniłyśmy sobie w pełni, na co nas stać. Kluczem będzie kontynuacja ciężkiej pracy i konsekwencja — na treningach, w regeneracji, każdego dnia. Na początku sezonu powiedziałam dziewczynom, że mamy jeden cel — złoto. I to nadal jest nasz cel, a ten turniej pokazał, że to realny cel, bo naprawdę możemy to osiągnąć. Teraz, gdy została nam tylko liga, skupiamy się właśnie na tym.

Teraz na chwilę chciałbym odejść od rozmowy o drużynie, a konkretnie porozmawiać o tobie, Dignie Strautmane. Patrząc na ciebie, miałem wrażenie, że w momencie podniesienia pucharu spadł ci ogromny ciężar z barków.

Czuję się wspaniale, naprawdę świetnie. Wygranie pucharu to ogromne osiągnięcie dla każdego sportowca. Polska liga jest naprawdę mocna i wyrównana, a dla mnie osobiście zdobycie pucharu to coś niesamowitego. Oczywiście każdy tytuł w karierze ma ogromne znaczenie, w Australii też wygrałam, ale to nie był puchar, to nie było to. Od dawna nie sięgnęłam po tak prestiżowe trofeum. Dlatego bardzo się cieszę, a jeszcze dodatkowo wygrać z tą drużyną, na co pracowałam przez trzy lata, jest wspaniałą rzeczą.

Nie jesteście zespołem, który szuka wymówek czy usprawiedliwień. Ale może teraz jest moment, żeby powiedzieć o wszystkich trudnościach, problemach – wzlotach i upadkach.

Przede wszystkim nie miałyśmy wspólnie długiego okresu przygotowawczego, a w takim układzie zbudowanie chemii zajmuje naturalnie więcej czasu. Także granie dwóch meczów tygodniowo i ciągłe podróże są bardzo wymagające, nie ma w ogóle czasu na treningi na parkiecie. A trenowanie naprawdę pomaga w budowaniu zgrania. To zgranie musieliśmy budować w locie, poznawać się w zasadzie podczas meczów, a osiągnięcie optymalnego poziomu zrozumienia w takim układzie trwa dłużej.

W tym miejscu muszę też powiedzieć, że dużym ciosem była dla nas kontuzja Mamy (Weroniki Gajdy – red.). Ona jest ogromnie ważną częścią zespołu, jej obecność bardzo dużo daje drużynie. Służy doświadczeniem, dzieli się swoją wiedzą, a przy tym jest wspaniałą osobą i mam nadzieję, że pomoże nam pod koniec sezonu.

Osobną kwestią jest sposób, w jaki pożegnaliśmy się z EuroCupem. Dyspozycja, w jakiej byłyśmy w tym decydującym meczu w Madrycie przekreśliła całą naszą pracę prowadzącą do tego momentu. To na pewno nas przybiło i wytrąciło z takiego pozytywnego rytmu. A ciągłe podróżowanie nie daje czasu na regenerację, sprzyja także mniejszym lub większym chorobom. Dobrze widać, że nie mamy najszerszej rotacji w lidze, więc musimy dbać o swoje ciała podwójnie. Wielkie podziękowania dla naszego fizjoterapeuty, Andrzeja Lange, bo poświęca on mnóstwo swojego czasu abyśmy były w możliwie jak najlepszej formie. Podczas tego pucharu pracował do późnych godzin nocnych, żeby o nas zadbać. Jego praca na pewno przyczyniła się do tego, że sięgnęłyśmy po puchar.

I mimo wszystkich tych trudności wchodzimy w puchar i go wygrywamy. Teraz zostawiamy te wszystkie negatywne rzeczy za sobą. Na szczęście wyniknęło z nich coś wspaniałego i to jest najważniejsze.

To twój trzeci sezon w Ślęzie, ale pierwszy w roli kapitana. To oczywiście ogromna odpowiedzialność i widać po tobie, że ta rola wiele dla ciebie znaczy. Jak sobie z tym radzisz?

Tak, tak. Chyba dobrze, co? Myślę, że zawsze jest łatwiej, kiedy się wygrywa. Wtedy wszystko jest w porządku, wszyscy są szczęśliwi i nie ma problemów. Trudniej robi się wtedy, gdy zespół częściej przegrywa i trzeba wykonać dużo pracy poza boiskiem, żeby utrzymać wszystkich w dobrej kondycji psychicznej. Albo po prostu sprawić, żeby było w porządku. Na razie myślę, że jest okej. Dziewczyny są wspaniałe. Ja nie jestem najbardziej wokalnym liderem, więc nie wiem, czy wszyscy by powiedzieli, że spisuję się dobrze w roli kapitana. Ale myślę, że dziewczyny wspierają siebie nawzajem. I patrząc na to, że cała drużyna trzyma się wspólnie jako grupa to jest to dla mnie sukces.

Nie widzę, żeby ktoś był wycofany, smutny albo żebyśmy nie potrafiły ze sobą rozmawiać. Pod tym względem naprawdę dobrze funkcjonujemy jako zespół – pomagamy sobie nawzajem utrzymać jak najlepsze nastawienie. Oczywiście nie wszystko zawsze jest idealne i kolorowe, ale myślę, że jako 10-11 dziewczyn w drużynie mamy podobną, dobrą energię i to samo nastawienie na cel. Oczywiście że nie zawsze będzie to tak wyglądać, czasami ktoś będzie czuł się gorzej, ale zrobię wszystko, żebyśmy do samego końca były drużyną. Więc podsumowując – czy jestem szczęśliwa? Z drużyny oczywiście. A z mojej pracy? Nie mi to oceniać! (śmiech)

Właśnie chciałem zapytać o tę pracę, bo znalazłem cytat, który mówi: „robisz swoją pracę tak, żeby inni mogli robić swoją”. Więc jakie jest twoje główne zadanie jako kapitana?

Myślę, że przede wszystkim komunikacja i próba pomocy, jeśli ktoś jej potrzebuje. Jeśli ktoś potrzebuje wsparcia, rady czy pomocy – jestem. Mam nadzieję, że ludzie postrzegają mnie jako osobę, do której można przyjść i porozmawiać, kiedy jest taka potrzeba i to uważam za moje najważniejsze zadanie. Mam nadzieję, że dziewczyny o tym wiedzą i że z tego korzystają.

Bo moim zdaniem będąc kapitanem nie chodzi o to, że jesteś absolutnie najlepsza na parkiecie czy w jakiś inny sposób. Chodzi o to, czy potrafisz sprawić, żeby drużyna czuła się bezpiecznie, dobrze, głównie mentalnie, bo fizycznie każda robi swoją robotę. Ja nie mogę za kogoś grać czy przygotować się do meczu, ale mogę i chcę pomóc mentalnie – żeby każdy czuł się komfortowo i wiedział, że zawsze ma z kim porozmawiać o czymkolwiek chce.

Opowiedz mi o okrzyku i mentalności „No I” – o co w tym chodzi? Co to znaczy dla ciebie i zespołu?

To taki wewnętrzny żart. Szczerze mówiąc, nawet nie wiem, jak zaczął się pojawiać na parkiecie, ale jest bardzo zabawny. Dla nas wszystko sprowadza się właśnie do tego żartu i najważniejsze jest to, że możemy się z nim utożsamiać. Nikt inny nie musi rozumieć, o co tak naprawdę chodzi – to po prostu jest nasz żart.

Ten zespół, co było doskonale widoczne przez te trzy dni, jest gotów iść za siebie nawzajem w ogień. Skąd to się bierze?

Nie wiem. Myślę, że po prostu byłyśmy gotowe, żeby w końcu zagrać dobre mecze. Naturalnie nie chodzi o to, że mecze z Lublinem i Gdynią były idealne. Ale już w meczu z Gorzowem wyszłyśmy na parkiet zupełnie inne. I nawet w tych pozostałych spotkaniach, tak jak już mówiłam też grałyśmy bardzo stabilnie. Ale cały czas miałyśmy poczucie, że to jeszcze nie to, że w końcu musi nadejść taki mecz, po którym naprawdę będziemy zadowolone z naszej gry. Czekałyśmy na to uczucie, bo wcześniej nie było meczu, po którym powiedziałybyśmy: „tak, to było naprawdę dobre”. I dopiero mecz z Gorzowem to pokazał, byłyśmy zadowolone z tego, jak grałyśmy. Nie wiem dokładnie dlaczego, ale chyba kluczowa była wiara, że możemy to zrobić. Po wygraniu dwóch poprzednich meczów pomyślałyśmy: właśnie pokonałyśmy dwa bardzo trudne zespoły. Wiedziałyśmy, że nie będzie łatwo, ale wszystkie wierzyłyśmy, że damy radę.

To była niesamowita droga po puchar, ale dobrze wiemy, że nie ma czasu na świętowanie – przed nami bardzo ważny mecz z Lublinem i reszta sezonu zasadniczego. Czy trudno będzie odciąć się od tego, co się wydarzyło, i skupić na tym, co przed nami?

Myślę, że żadna z nas nie rozpamiętuje już ostatniego meczu, nie ma w nas poczucia, że „to już wszystko, sezon skończony”. Raczej trzeba to traktować w kategorii zastrzyku energii. Teraz już wiemy, że możemy, więc chcemy grać do samego końca. Od dzisiaj liczy się tylko następny mecz. Bardzo ważne jest dla nas to, że mamy teraz czas na trenowanie i możemy się naprawdę solidnie przygotować do kolejnych spotkań, bo tak jak mówiłam, wcześniej nie miałyśmy na to zbyt wiele czasu. Dopiero co grałyśmy z Lublinem, i lepiej wiemy już, czego się spodziewać. Teraz chodzi o korekty i wyciąganie wniosków z błędów. Jeszcze raz chcę podkreślić wagę czasu na trenowanie.

Idąc dalej, wiemy że zostało siedem meczów sezonu zasadniczego i każdy z tych meczów będzie dla nas ważny. Chcemy wygrać wszystkie te spotkania i udowodnić, że nasze miejsce jest w ligowej czołówce. Mierzymy wysoko, liczymy na grę w finale o złoty medal.

Na koniec — twoja wiadomość do kibiców na resztę sezonu i play-offy.

Przede wszystkim pucharowy weekend w Sosnowcu po raz kolejny udowodnił, że mamy najlepszych kibiców. Zawsze to mówiłam i zawsze będę to powtarzać – na pewno mamy najlepszą bazę kibiców w polskiej lidze. Ale i ogólnie na przestrzeni mojej kariery, gdziekolwiek grałam, rzadko spotykałam tak lojalną i oddaną grupę ludzi, którzy cały czas są z nami i w nas wierzą. Jesteśmy tu jedną wielką rodziną i to niezmiernie pomaga. Patrząc na filmiki i zdjęcia z tego weekendu, wyglądało to jakbyśmy grali u siebie, z naszymi ludźmi wspierającymi nas na każdym kroku. To bardzo pomogło nam teraz i pomoże w kolejnych meczach sezonu i fazie finałowej.

Chciałabym, żeby wszystko zostało tak, jak jest. Będą jeszcze wzloty i upadki i absolutnie nie możemy myśleć, że teraz będziemy wszystkich ogrywać różnicą 30 punktów, bo tak się po prostu nie stanie. Przed nami jeszcze wiele trudnych meczów. Trzymanie się razem – kibice, my, trenerzy, sztab – to klucz do naszych sukcesów. Nie możemy myśleć: „o wywalczyliśmy puchar, świetnie, teraz już będzie z górki”. Nic nie przyjdzie nam łatwo, wszyscy będą na nas jeszcze lepiej przygotowani.

Mogę życzyć sobie i nam wszystkim, żebyśmy byli razem na dobre i na złe. Bo razem jesteśmy silniejsi i możemy osiągnąć więcej.

Ślęza Wrocław z Pucharem Polski!

Koszykarki Ślęzy Wrocław dokonały ogromnej sztuki i sięgnęły po pierwszy w historii klubu Bank Pekao S.A. Puchar Polski! Żółto-czerwone pomimo trzech meczów w trzy dni swoje najlepsze zawody rozegrały właśnie w finale.

Przed rozpoczęciem spotkania można było się zastanawiać, czy koszykarki Ślęzy, które miały w nogach dwa bardzo trudne mecze, znajdą w sobie moc aby powalczyć z drużyną z Gorzowa. Wątpliwości te zostały błyskawicznie rozwiane, bo wrocławianki zamieniły na punkty cztery z pięciu pierwszych rzutów i wyszły na prowadzenie 9:4. Po tym mocnym początku ofensywa 1KS-u na chwilę zwolniła obroty, pozwalając rywalkom zmniejszyć straty do jednego punktu. Przestój był jednak chwilowy, bo w krótkim odstępie czasu Ketija Vihmane i Mehryn Kraker trafiły za trzy punkty i trener Dariusz Maciejewski musiał poprosić o czas przy stanie 15:8 dla Ślęzy.

Rozmowa z zespołem przyniosła pożądany efekt, gdyż gorzowianki potrzebowały półtorej minuty, aby doprowadzić do remisu. Wszystko zaczęło się od trzech punktów Charismy Osborne, a z dwóch asyst Rebeki Mikulasikovej skorzystały Courtney Hurt i Magdalena Szymkiewicz. Przerwa na żądanie dla Arkadiusza Rusina nie pomogła w zatrzymaniu rywalek, które dołożyły jeszcze cztery oczka. Dopiero przy wyniku 15:19 wrocławianki przełamały się, doprowadzając do remisu na zakończenie pierwszej kwarty.

Trójki Charismy Osborny i Klaudii Gertchen dały koszykarkom Enei sześć punktów przewagi. Kolejne trzypunktowe trafienie, tym razem Ashley Owusu, oznaczało najwyższe prowadzenie gorzowianek w finałowym starciu – 28:21. Ale w tym momencie broniący tytułu zespół z Gorzowa całkowicie stanął, a inicjatywę zaczęła przejmować Ślęza. Żółto-czerwone rozszyfrowały plan ofensywny trenera Dariusza Maciejewskiego i potrzebowały trzech minut, aby doprowadzić do remisu 30:30. G’mrice Davis wyprowadziła swoją drużynę na prowadzenie, a następnie wraz z koleżankami zbudowała sześciopunktową przewagę, z którą Ślęza schodziła do szatni. Losy spotkania w żadnym wypadku nie były przesądzone, bo gorzowianki w mgnieniu oka mogły odrobić straty. W szeregach 1KS-u była zatem potrzebna pełna koncentracja.

Tego, co wydarzyło się na rozpoczęcie drugiej połowy nie mógł przewidzieć absolutnie nikt. Ślęza w półtorej minuty zdobyła osiem punktów i trener Maciejewski musiał poprosić o czas. Ale jego wskazówki nie przyniosły żadnego skutku, bo wrocławianki były tak naładowane energią, że nie dało się ich po prostu zatrzymać. Zespół z Gorzowa po time-oucie popełnił cztery straty z rzędu, trzy przypisano na konto wyraźnie sfrustrowanej Magdaleny Szymkiewicz. A żółto-czerwone korzystały bezlitośnie z błędów rywalek, powiększając swoje prowadzenie.

Gdy szkoleniowiec Enei AZS-u znów potrzebował przerwy na żądanie, Ślęza miała już 20 punktów zapasu. Ten czas także nie pomógł triumfatorkom Pucharu Polski sprzed roku, bo Magdalena Kloska popełniła stratę, która kosztowała gorzowianki jeszcze trzy punkty po rzucie Ketiji Vihmane. Trafienie reprezentantki Łotwy zakończyło serię 26:2 dla 1KS-u, która właściwie przesądziła o losach pucharu. Zespół z Gorzowa próbował jeszcze nawiązać walkę, zdobywając sześć punktów z rzędu, lecz Ślęza nie miała zamiaru ponownie dać rywalkom nadziei na korzystny wynik. Wrocławianki grały mądrze, konsekwentnie i, co najważniejsze, skutecznie. Podopieczne Arkadiusza Rusina trafiały swoje rzuty w ważnych momentach, odpowiadając na jakiekolwiek próby zrywu ze strony przeciwniczek. W efekcie ostatnie 10 minut rozpoczęły przy 17 punktach prowadzenia.

W decydującej odsłonie Ślęza wciąż miała odpowiedź na wszystko, co próbował zrobić zespół z Gorzowa. Gdy trafiła Szymkiewicz, z dystansu przymierzyła Aleksandra Zięmborska. Na punkty Courtney Hurt odpowiedziała Davis. Trójka Klaudii Gertchen spotkała się z ripostą ze strony Dominiki Fiszer. Czas upływał i zdecydowanie grał na korzyść wrocławianek. W efekcie do rozstrzygnięcia pozostało tylko to, jaką przewagą Ślęza pokona Eneę AZS. Ostatecznie koncert 1KS-u zakończył się rezultatem 87:68 dla żółto-czerwonych, które mogły świętować zdobycie pierwszego w historii klubu Pucharu Polski.

Przed rozpoczęciem turnieju mało kto stawiał Ślęzę w roli faworytów do końcowego zwycięstwa. Trudno się dziwić, gdyż droga do tego triumfu wiodła przez trzy najmocniejsze zespoły Orlen Basket Ligi Kobiet w formule trzy dni – trzy mecze. Wrocławianki pokazały jednak niesamowity charakter, znakomite przygotowanie fizyczne i taktyczne. A przede wszystkim po zwycięstwie nad AZS-em UMCS-em Lublin, odniesionym w dramatycznych okolicznościach, uwierzyły w siebie jak nigdy dotąd w tym sezonie. To wszystko było kluczem do historycznego i w pełni zasłużonego triumfu.

Powiedziały po meczu

Dominika Fiszer: Zdobycie pucharu to przede wszystkim ogromna radość i satysfakcja. Cały turniej był dla nas bardzo udany i z każdym kolejnym zwycięstwem nasza pewność siebie rosła, tak że niedzielny finał był wisienką na torcie i wspaniałą nagrodą za wcześniej wykonaną pracę. Cudownie było również dzielić ten sukces z naszymi kibicami, którzy sprawili, że czułyśmy się jakbyśmy grały u siebie. Pierwszy puchar dla Ślęzy zostanie na zawsze w naszych sercach!

Mehryn Kraker: Jestem bardzo dumna z tego, że byłyśmy opanowane, trzymałyśmy się razem i przede wszystkim dobrze się bawiłyśmy. Ten weekend był świetny w wykonaniu naszej drużyny i myślę, że można było zobaczyć naprawdę dobrą, drużynową koszykówkę na przestrzeni tych trzech meczów. Jestem bardzo dumna ze wszystkich i niezwykle cieszę się, że jestem częścią historii tego klubu!

Digna Strautmane: To jest naprawdę wielki sukces dla naszej drużyny. Zawsze powtarzam, że mamy najlepszych kibiców i gramy w najlepszym mieście. Udowodniłyśmy, że potrafimy rywalizować z każdą drużyną w lidze i powalczyć o miejsce na szczycie. Puchar dał nam większą pewność siebie na resztę sezonu i musimy zrobić wszystko, aby utrzymać to pozytywne nastawienie w kolejnych meczach. Pokazałyśmy, że umiemy grać i wygrywać w tak ważnych meczach, a to dobrze zwiastuje w rywalizacji o medale. Pokonanie trzech świetnych zespołów w trzy dni to dla nas dowód na to, że pomimo zmęczenia i problemów możemy rywalizować z każdym. Dla mnie osobiście to zastrzyk pewności siebie. Zawsze wierzyłam, że stać nas na pokonanie każdego, a teraz jestem tego pewna.

Bank Pekao S.A. Puchar Polski Kobiet – finał

Ślęza Wrocław – KSSSE Enea AJP Gorzów Wlkp. 87:68 (19:19, 20:14, 26:15, 22:20).
Ślęza: Davis 23, Zięmborska 17, Vihmane 14, Kraker 9, Mielnicka 8, Kulińska 8, Strautmane 4, Fiszer 4, Jasik, Jeziorna 0.
KSSSE Enea AJP: Owusu 15, Szymkiewicz 15, Hurt 12, Osborne 9, Mikulasikova 6, Gertchen 6, Stasiak 3, Telenga 2, Kloska 0. Kuczyńska, Steblecka, Lebiecka DNP.