„Grałyśmy w sposób, w jaki wcześniej chyba jeszcze w tym sezonie nie grałyśmy.”

Kapitan Ślęzy Wrocław, Digna Strautmane w obszernym wywiadzie opowiada o emocjach związanych z Pucharem Polski, wzlotach i upadkach na przestrzeni sezonu oraz wielu, wielu innych kwestiach…

Emocje po zdobyciu pucharu opadły? Nadal je czujesz, czy to już trochę odległe wspomnienie?

Zdecydowanie nadal to czuję – wręcz niewiarygodne jest to, jak tego dokonałyśmy. Oczywiście jestem bardzo szczęśliwa i mam nadzieję, że uda nam się przenieść tę pozytywną energię na kolejne mecze. Chcemy to podtrzymać, nie zatrzymać się tylko na emocjach związanych z pucharem. Bardzo ważne jest, żeby myśleć dalej o zwycięstwach i kontynuować sezon w takim zwycięskim stylu, wygrywać wszystkie kolejne mecze, które przed nami.

Wchodząc w ten turniej, mieliśmy  za sobą dużo wzlotów i upadków, lepszych i gorszych momentów. Jak to wyglądało z waszej perspektywy przed samym pucharem?

Myślę, że tak naprawdę nie wiedziałyśmy, jak to się potoczy. Ale po meczach mówiłyśmy między sobą, że mamy bardzo dobre przeczucia. Nie wiem, czy to była mniejsza presja, czy po prostu świadomość, że już wcześniej miałyśmy sporo trudnych momentów. Z drugiej strony dobrze trenowałyśmy i wiele rzeczy wychodziło nam naprawdę solidnie. Po tylu rozegranych meczach nigdy nie wiesz, jak zareaguje organizm – czy będziesz pełna energii i gotowa na kolejne spotkania, czy jednak ciało da znać o zmęczeniu. Nie można powiedzieć, że nie byłyśmy zmęczone, ale patrząc też na inne zespoły ten moment sezonu, świąteczno-noworoczny, jest bardzo trudny dla zawodniczek. Myślę, że świetnie poradziłyśmy sobie z utrzymaniem stabilności. W żadnym meczu się nie poddałyśmy. Nawet jeśli były słabsze momenty, nie załamywałyśmy się. Szłyśmy dalej, trzymając się planu. Nie mogę powiedzieć, że w trakcie sezonu zawsze realizowałyśmy założenia trenerów, ale w tych meczach – w większości tak. I to bardzo nam pomogło.

Skoro mówimy o planach – opowiedz o ostatniej akcji w ćwierćfinale. Czy od początku było wiadomo, że piłka trafi do Ketiji Vihmane, czy może miało to wyglądać inaczej?

Nie było jednej konkretnej opcji. Trener po prostu rozpisał zagrywkę z kilkoma możliwymi rozwiązaniami. Jedna z opcji się otworzyła, tak wyszło że był to wjazd Keti i myślę, że ona sama nawet nie planowała tego w ten sposób. Żadna zagrywka nie zakładała takiego wariantu gry jeden na jeden, ale czasem trzeba to po prostu poczuć. Ona to świetnie wyczuła, podjęła najlepszą decyzję i wyszło idealnie.

Czy to był moment, w którym pomyślałyście „okej, damy radę”, czy przyszło to później? A może wcale?

Zdecydowanie myślałyśmy, że jeśli wygramy pierwszy mecz, to możemy wygrać wszystko. A zwycięstwo z Lublinem dało nam ogromny zastrzyk pewności siebie. To świetna drużyna, która dodała nową zawodniczkę, więc ten rezultat był bardzo budujący. I myślę, że dobrze to później wykorzystałyśmy.

Dobrze. Przejdźmy do kolejnego meczu, przeciwko Gdyni. Oni cały czas naciskali, wracali do gry, ale z boku wyglądało to tak, jakbyście były zespołem, którego tego dnia po prostu nie dało się zatrzymać. Czy wy też tak to czułyście?

Tak, faktycznie. Drugi mecz był wyrównany przez cały czas, ale my nie miałyśmy poczucia, że jest to tak zacięte spotkanie. To wciąż bardzo dobra drużyna i nie myślałyśmy przez cały mecz, że na pewno wygramy, ale sposób, w jaki grałyśmy, i nasza stabilność robiły różnicę. Nie panikowałyśmy, gdy się do nas zbliżały. Byłyśmy zmęczone i wiedziałyśmy, że one nie grały meczu dzień wcześniej, więc nie było wiadomo, jak to się skończy. Dla nas kluczowe było to, czy damy radę utrzymać ten poziom do końca meczu. Przy krótszej rotacji bywa to trudniejsze, zwłaszcza pod koniec spotkań. Te mecze pokazały, że nawet przy zmęczeniu potrafimy zachować spokój i robić to, co trzeba.

Po tym meczu, oglądając nagrania z waszej radości, miałem wrażenie, że to było dość stonowane świętowanie. Jakbyście myślały: „okej, ale przecież zaraz kolejny mecz”. Dla mnie nie było tam aż tak dużo euforii jak po ćwierćfinale.

Tak, zgadza się. Myślę, że też dlatego, że to nie był ładny mecz. Przede wszystkim – nie byłyśmy super zadowolone z tego, jak grałyśmy. To jedno, a po drugie byłyśmy naprawdę bardzo zmęczone. Nie myślałyśmy wtedy jeszcze o kolejnym meczu, ale byłyśmy tak wyczerpane, że nie miałyśmy siły nawet skakać z radości. Oczywiście byłyśmy bardzo szczęśliwe z awansu do finału, ale ogólnie dominowało zmęczenie.

Nie wiem, co się zmieniło przez noc, ale już w niedzielę rano, podczas rozciągania i takich naszych rytuałów przedmeczowych miałyśmy wrażenie, że czujemy się o niebo lepiej niż dzień wcześniej. Nawet po finale same mówiłyśmy, że to chyba była czysta adrenalina związana z grą o pełną pulę. Każda z nas czuła, że przed decydującym meczem miałyśmy dużo więcej energii. Może po prostu wcześniej to w sobie trzymałyśmy, a w finale wszystko z nas zeszło i dałyśmy z siebie tyle, ile mogłyśmy.

Przed finałem z Gorzowem było wiele czynników związanych z meczem właśnie z tym rywalem. Czy tyłu głowy były myśli: grałyśmy z nimi dwa razy w sezonie i oba mecze przegrałyśmy, do tego po kontuzjach powróciły Weronika Telenga i Ashley Owusu. Nie nazwę tego uczucia strachem, ale raczej takim niepokojem.

Myślę, że trochę tak. Zdecydowanie to bardzo silna drużyna i wiedziałyśmy, że nie będzie łatwo i faktycznie nie było. Przy tak szerokiej rotacji patrzysz na zespół i nigdy nie wiesz, jakie zawodniczki będą odgrywać większą rolę, jak ułoży się mecz. Myślę, że przez porażki w sezonie zasadniczym, presja na nas była mniejsza, bo nie miałyśmy nic do stracenia. Oczywiście chciałyśmy wygrać, ale jeśli by się nie udało, to nie byłby koniec świata.

Ale tak jak mówiłam, myślę że każda z nas obudziła się z bardzo dobrym przeczuciem. Po meczu właśnie o tym rozmawiałyśmy, po prostu czułyśmy się dobrze i wiedziałyśmy, że to może być nasz dzień. Już przed spotkaniem widziałam, że mamy w drużynie świetną energię. W sobotę wieczorem myślałam, że może być gorzej, patrząc na nasze zmęczenie. Każda trzymała te uczucia w sobie, nikt nie chciał dać po sobie poznać, że jest bardzo zmęczony.

W takiej sytuacji nikt nie chce być tą, która narzeka.

Dokładnie! Nikt nie chciał tego głośno powiedzieć ani „wkładać tego do głowy” innym, ale myślę, że każda z nas o tym myślała. Ale z drugiej strony przed finałem też nikt nie chciał mówić, że czuje się aż tak dobrze. Dopiero po meczu rozmawiałyśmy o tym, że faktycznie wchodząc w ten mecz miałyśmy bardzo dobre przeczucia. Oczywiście nie chodzi o to, że wiedziałyśmy, że wygramy, no bo nigdy nie wiesz, jak rywalki się zaprezentują. Ale gdy mecz już się toczył i widziałyśmy, że mają troszkę niższy poziom energii od nas, wtedy poczułyśmy: okej, możemy to zrobić. Z każdą minutą miałyśmy coraz więcej energii i w porównaniu do innych trudnych meczów w tym sezonie i było widać, że pod tym kątem jesteśmy zupełnie inną drużyną niż zazwyczaj. Byłyśmy bardzo energiczne, wspierałyśmy się, grałyśmy zespołowo i dzieliłyśmy się piłką. I myślę, że to sprawiło, że tego dnia byłyśmy lepszym zespołem.

Jeszcze próbując rozszerzyć ten wątek- bo częściowo już na to odpowiedziałaś – czy było coś konkretnego, co sprawiło, że zapomniałyście o zmęczeniu i zagrałyście najlepszą trzecią kwartę, jakiej nie widzieliśmy w wykonaniu Ślęzy od dawna?

Wiesz co, nie było chyba jednej konkretnej rzeczy. Po prostu każda z nas czuła się dobrze i każdej wpadały rzuty. To była po prostu bardzo dobra gra zespołowa, a nie sytuacja, w której jedna zawodniczka wszystko ciągnęła, a potem coś jej nie wychodziło i nagle się zatrzymujemy. Grałyśmy dobrą obronę, a to napędzało nasz atak. Rywalki nie bardzo wiedziały, jak nas zatrzymać, kiedy tak dobrze dzieliłyśmy się piłką.

Grałyśmy w sposób, w jaki wcześniej chyba jeszcze w tym sezonie nie grałyśmy. One pewnie myślały, że zagramy indywidualnie, jeden na jeden, a my dzieliłyśmy się piłką i pilnowałyśmy, żeby każda miała swoje okazje na zdobywanie punktów. No i oczywiście trafianie rzutów bardzo pomaga! (śmiech) To był po prostu dla nas bardzo dobry dzień i ogólnie bardzo dobry turniej. Myślę, że to daje nam perspektywę na przyszłość – jak możemy grać i co robić, żeby codziennie być najlepszą możliwą drużyną.

Zajrzyjmy trochę za kulisy. Jak wyglądało świętowanie? Jakie były emocje, komentarze? Co mówiłyście sobie po podniesieniu pucharu?

Na początku wszystkie byłyśmy w szoku, że naprawdę to zrobiłyśmy i myślę, że każda z nas jeszcze troszeczkę niedowierza! Oczywiście była ogromna radość i każda cieszyła się sukcesem innych, to nie było takie egoistyczne „ja to zrobiłam, ja wygrałam”. Cały turniej spędziłyśmy jako drużyna, każdy mecz był testamentem dla ducha naszego zespołu, więc każdy cieszył się szczęściem innych. Każda zrobiła coś dobrego w kluczowych momentach i to pozwoliło nam zdobyć puchar. To nie była zasługa jednej zawodniczki ani samych trenerów – to była praca całego zespołu. I uważam, że właśnie tak musi wyglądać drużyna, która chce coś osiągnąć, zwłaszcza w tak trudnym turnieju z trzema meczami.

No dobrze. Jedna rzecz jest teraz oczywiście świeższa, ale co smakowało lepiej: podniesienie pucharu czy zdobycie brązowego medalu w kwietniu?

Hmm… Myślę, że nie da się tego tak bezpośrednio porównać. Oczywiście zdobycie trzeciego miejsca było czymś niesamowitym, zwłaszcza że rok wcześniej nie zdobyłyśmy medalu, więc brąz w zeszłym sezonie był czymś bardzo ważnym. Ale mimo wszystko odczuwałyśmy wtedy taki lekki niedosyt, bo czułam, że byłyśmy bardzo blisko finału i walki o złoto.

Ale tak teraz myślę, że wszystko dzieje się z jakiegoś powodu. Wyciągasz wnioski z tego, co wydarzyło się w poprzednim sezonie, i wykorzystujesz to teraz. W zeszłym roku nawet nie wygrałyśmy pierwszego meczu w pucharze, co też było rozczarowujące. Do tego brak gry w EuroCup, więc nie byłyśmy wtedy aż tak zmęczone, a mimo to przegrałyśmy w Pucharze i w półfinale. Mimo wszystko trzecie miejsce było świetnym doświadczeniem.

A ten turniej, ten puchar… Czułam, że potrzebowałyśmy tego zwycięstwa nawet bardziej niż rok temu. W zeszłym sezonie byłyśmy bardzo dobrą drużyną i wiedziałyśmy, że niezależnie od wszystkiego musimy być na samym szczycie. A teraz, po tylu wzlotach i upadkach ten zastrzyk pewności siebie był nam jeszcze bardziej potrzebny. Teraz już udowodniłyśmy sobie w pełni, na co nas stać. Kluczem będzie kontynuacja ciężkiej pracy i konsekwencja — na treningach, w regeneracji, każdego dnia. Na początku sezonu powiedziałam dziewczynom, że mamy jeden cel — złoto. I to nadal jest nasz cel, a ten turniej pokazał, że to realny cel, bo naprawdę możemy to osiągnąć. Teraz, gdy została nam tylko liga, skupiamy się właśnie na tym.

Teraz na chwilę chciałbym odejść od rozmowy o drużynie, a konkretnie porozmawiać o tobie, Dignie Strautmane. Patrząc na ciebie, miałem wrażenie, że w momencie podniesienia pucharu spadł ci ogromny ciężar z barków.

Czuję się wspaniale, naprawdę świetnie. Wygranie pucharu to ogromne osiągnięcie dla każdego sportowca. Polska liga jest naprawdę mocna i wyrównana, a dla mnie osobiście zdobycie pucharu to coś niesamowitego. Oczywiście każdy tytuł w karierze ma ogromne znaczenie, w Australii też wygrałam, ale to nie był puchar, to nie było to. Od dawna nie sięgnęłam po tak prestiżowe trofeum. Dlatego bardzo się cieszę, a jeszcze dodatkowo wygrać z tą drużyną, na co pracowałam przez trzy lata, jest wspaniałą rzeczą.

Nie jesteście zespołem, który szuka wymówek czy usprawiedliwień. Ale może teraz jest moment, żeby powiedzieć o wszystkich trudnościach, problemach – wzlotach i upadkach.

Przede wszystkim nie miałyśmy wspólnie długiego okresu przygotowawczego, a w takim układzie zbudowanie chemii zajmuje naturalnie więcej czasu. Także granie dwóch meczów tygodniowo i ciągłe podróże są bardzo wymagające, nie ma w ogóle czasu na treningi na parkiecie. A trenowanie naprawdę pomaga w budowaniu zgrania. To zgranie musieliśmy budować w locie, poznawać się w zasadzie podczas meczów, a osiągnięcie optymalnego poziomu zrozumienia w takim układzie trwa dłużej.

W tym miejscu muszę też powiedzieć, że dużym ciosem była dla nas kontuzja Mamy (Weroniki Gajdy – red.). Ona jest ogromnie ważną częścią zespołu, jej obecność bardzo dużo daje drużynie. Służy doświadczeniem, dzieli się swoją wiedzą, a przy tym jest wspaniałą osobą i mam nadzieję, że pomoże nam pod koniec sezonu.

Osobną kwestią jest sposób, w jaki pożegnaliśmy się z EuroCupem. Dyspozycja, w jakiej byłyśmy w tym decydującym meczu w Madrycie przekreśliła całą naszą pracę prowadzącą do tego momentu. To na pewno nas przybiło i wytrąciło z takiego pozytywnego rytmu. A ciągłe podróżowanie nie daje czasu na regenerację, sprzyja także mniejszym lub większym chorobom. Dobrze widać, że nie mamy najszerszej rotacji w lidze, więc musimy dbać o swoje ciała podwójnie. Wielkie podziękowania dla naszego fizjoterapeuty, Andrzeja Lange, bo poświęca on mnóstwo swojego czasu abyśmy były w możliwie jak najlepszej formie. Podczas tego pucharu pracował do późnych godzin nocnych, żeby o nas zadbać. Jego praca na pewno przyczyniła się do tego, że sięgnęłyśmy po puchar.

I mimo wszystkich tych trudności wchodzimy w puchar i go wygrywamy. Teraz zostawiamy te wszystkie negatywne rzeczy za sobą. Na szczęście wyniknęło z nich coś wspaniałego i to jest najważniejsze.

To twój trzeci sezon w Ślęzie, ale pierwszy w roli kapitana. To oczywiście ogromna odpowiedzialność i widać po tobie, że ta rola wiele dla ciebie znaczy. Jak sobie z tym radzisz?

Tak, tak. Chyba dobrze, co? Myślę, że zawsze jest łatwiej, kiedy się wygrywa. Wtedy wszystko jest w porządku, wszyscy są szczęśliwi i nie ma problemów. Trudniej robi się wtedy, gdy zespół częściej przegrywa i trzeba wykonać dużo pracy poza boiskiem, żeby utrzymać wszystkich w dobrej kondycji psychicznej. Albo po prostu sprawić, żeby było w porządku. Na razie myślę, że jest okej. Dziewczyny są wspaniałe. Ja nie jestem najbardziej wokalnym liderem, więc nie wiem, czy wszyscy by powiedzieli, że spisuję się dobrze w roli kapitana. Ale myślę, że dziewczyny wspierają siebie nawzajem. I patrząc na to, że cała drużyna trzyma się wspólnie jako grupa to jest to dla mnie sukces.

Nie widzę, żeby ktoś był wycofany, smutny albo żebyśmy nie potrafiły ze sobą rozmawiać. Pod tym względem naprawdę dobrze funkcjonujemy jako zespół – pomagamy sobie nawzajem utrzymać jak najlepsze nastawienie. Oczywiście nie wszystko zawsze jest idealne i kolorowe, ale myślę, że jako 10-11 dziewczyn w drużynie mamy podobną, dobrą energię i to samo nastawienie na cel. Oczywiście że nie zawsze będzie to tak wyglądać, czasami ktoś będzie czuł się gorzej, ale zrobię wszystko, żebyśmy do samego końca były drużyną. Więc podsumowując – czy jestem szczęśliwa? Z drużyny oczywiście. A z mojej pracy? Nie mi to oceniać! (śmiech)

Właśnie chciałem zapytać o tę pracę, bo znalazłem cytat, który mówi: „robisz swoją pracę tak, żeby inni mogli robić swoją”. Więc jakie jest twoje główne zadanie jako kapitana?

Myślę, że przede wszystkim komunikacja i próba pomocy, jeśli ktoś jej potrzebuje. Jeśli ktoś potrzebuje wsparcia, rady czy pomocy – jestem. Mam nadzieję, że ludzie postrzegają mnie jako osobę, do której można przyjść i porozmawiać, kiedy jest taka potrzeba i to uważam za moje najważniejsze zadanie. Mam nadzieję, że dziewczyny o tym wiedzą i że z tego korzystają.

Bo moim zdaniem będąc kapitanem nie chodzi o to, że jesteś absolutnie najlepsza na parkiecie czy w jakiś inny sposób. Chodzi o to, czy potrafisz sprawić, żeby drużyna czuła się bezpiecznie, dobrze, głównie mentalnie, bo fizycznie każda robi swoją robotę. Ja nie mogę za kogoś grać czy przygotować się do meczu, ale mogę i chcę pomóc mentalnie – żeby każdy czuł się komfortowo i wiedział, że zawsze ma z kim porozmawiać o czymkolwiek chce.

Opowiedz mi o okrzyku i mentalności „No I” – o co w tym chodzi? Co to znaczy dla ciebie i zespołu?

To taki wewnętrzny żart. Szczerze mówiąc, nawet nie wiem, jak zaczął się pojawiać na parkiecie, ale jest bardzo zabawny. Dla nas wszystko sprowadza się właśnie do tego żartu i najważniejsze jest to, że możemy się z nim utożsamiać. Nikt inny nie musi rozumieć, o co tak naprawdę chodzi – to po prostu jest nasz żart.

Ten zespół, co było doskonale widoczne przez te trzy dni, jest gotów iść za siebie nawzajem w ogień. Skąd to się bierze?

Nie wiem. Myślę, że po prostu byłyśmy gotowe, żeby w końcu zagrać dobre mecze. Naturalnie nie chodzi o to, że mecze z Lublinem i Gdynią były idealne. Ale już w meczu z Gorzowem wyszłyśmy na parkiet zupełnie inne. I nawet w tych pozostałych spotkaniach, tak jak już mówiłam też grałyśmy bardzo stabilnie. Ale cały czas miałyśmy poczucie, że to jeszcze nie to, że w końcu musi nadejść taki mecz, po którym naprawdę będziemy zadowolone z naszej gry. Czekałyśmy na to uczucie, bo wcześniej nie było meczu, po którym powiedziałybyśmy: „tak, to było naprawdę dobre”. I dopiero mecz z Gorzowem to pokazał, byłyśmy zadowolone z tego, jak grałyśmy. Nie wiem dokładnie dlaczego, ale chyba kluczowa była wiara, że możemy to zrobić. Po wygraniu dwóch poprzednich meczów pomyślałyśmy: właśnie pokonałyśmy dwa bardzo trudne zespoły. Wiedziałyśmy, że nie będzie łatwo, ale wszystkie wierzyłyśmy, że damy radę.

To była niesamowita droga po puchar, ale dobrze wiemy, że nie ma czasu na świętowanie – przed nami bardzo ważny mecz z Lublinem i reszta sezonu zasadniczego. Czy trudno będzie odciąć się od tego, co się wydarzyło, i skupić na tym, co przed nami?

Myślę, że żadna z nas nie rozpamiętuje już ostatniego meczu, nie ma w nas poczucia, że „to już wszystko, sezon skończony”. Raczej trzeba to traktować w kategorii zastrzyku energii. Teraz już wiemy, że możemy, więc chcemy grać do samego końca. Od dzisiaj liczy się tylko następny mecz. Bardzo ważne jest dla nas to, że mamy teraz czas na trenowanie i możemy się naprawdę solidnie przygotować do kolejnych spotkań, bo tak jak mówiłam, wcześniej nie miałyśmy na to zbyt wiele czasu. Dopiero co grałyśmy z Lublinem, i lepiej wiemy już, czego się spodziewać. Teraz chodzi o korekty i wyciąganie wniosków z błędów. Jeszcze raz chcę podkreślić wagę czasu na trenowanie.

Idąc dalej, wiemy że zostało siedem meczów sezonu zasadniczego i każdy z tych meczów będzie dla nas ważny. Chcemy wygrać wszystkie te spotkania i udowodnić, że nasze miejsce jest w ligowej czołówce. Mierzymy wysoko, liczymy na grę w finale o złoty medal.

Na koniec — twoja wiadomość do kibiców na resztę sezonu i play-offy.

Przede wszystkim pucharowy weekend w Sosnowcu po raz kolejny udowodnił, że mamy najlepszych kibiców. Zawsze to mówiłam i zawsze będę to powtarzać – na pewno mamy najlepszą bazę kibiców w polskiej lidze. Ale i ogólnie na przestrzeni mojej kariery, gdziekolwiek grałam, rzadko spotykałam tak lojalną i oddaną grupę ludzi, którzy cały czas są z nami i w nas wierzą. Jesteśmy tu jedną wielką rodziną i to niezmiernie pomaga. Patrząc na filmiki i zdjęcia z tego weekendu, wyglądało to jakbyśmy grali u siebie, z naszymi ludźmi wspierającymi nas na każdym kroku. To bardzo pomogło nam teraz i pomoże w kolejnych meczach sezonu i fazie finałowej.

Chciałabym, żeby wszystko zostało tak, jak jest. Będą jeszcze wzloty i upadki i absolutnie nie możemy myśleć, że teraz będziemy wszystkich ogrywać różnicą 30 punktów, bo tak się po prostu nie stanie. Przed nami jeszcze wiele trudnych meczów. Trzymanie się razem – kibice, my, trenerzy, sztab – to klucz do naszych sukcesów. Nie możemy myśleć: „o wywalczyliśmy puchar, świetnie, teraz już będzie z górki”. Nic nie przyjdzie nam łatwo, wszyscy będą na nas jeszcze lepiej przygotowani.

Mogę życzyć sobie i nam wszystkim, żebyśmy byli razem na dobre i na złe. Bo razem jesteśmy silniejsi i możemy osiągnąć więcej.

Ślęza Wrocław z Pucharem Polski!

Koszykarki Ślęzy Wrocław dokonały ogromnej sztuki i sięgnęły po pierwszy w historii klubu Bank Pekao S.A. Puchar Polski! Żółto-czerwone pomimo trzech meczów w trzy dni swoje najlepsze zawody rozegrały właśnie w finale.

Przed rozpoczęciem spotkania można było się zastanawiać, czy koszykarki Ślęzy, które miały w nogach dwa bardzo trudne mecze, znajdą w sobie moc aby powalczyć z drużyną z Gorzowa. Wątpliwości te zostały błyskawicznie rozwiane, bo wrocławianki zamieniły na punkty cztery z pięciu pierwszych rzutów i wyszły na prowadzenie 9:4. Po tym mocnym początku ofensywa 1KS-u na chwilę zwolniła obroty, pozwalając rywalkom zmniejszyć straty do jednego punktu. Przestój był jednak chwilowy, bo w krótkim odstępie czasu Ketija Vihmane i Mehryn Kraker trafiły za trzy punkty i trener Dariusz Maciejewski musiał poprosić o czas przy stanie 15:8 dla Ślęzy.

Rozmowa z zespołem przyniosła pożądany efekt, gdyż gorzowianki potrzebowały półtorej minuty, aby doprowadzić do remisu. Wszystko zaczęło się od trzech punktów Charismy Osborne, a z dwóch asyst Rebeki Mikulasikovej skorzystały Courtney Hurt i Magdalena Szymkiewicz. Przerwa na żądanie dla Arkadiusza Rusina nie pomogła w zatrzymaniu rywalek, które dołożyły jeszcze cztery oczka. Dopiero przy wyniku 15:19 wrocławianki przełamały się, doprowadzając do remisu na zakończenie pierwszej kwarty.

Trójki Charismy Osborny i Klaudii Gertchen dały koszykarkom Enei sześć punktów przewagi. Kolejne trzypunktowe trafienie, tym razem Ashley Owusu, oznaczało najwyższe prowadzenie gorzowianek w finałowym starciu – 28:21. Ale w tym momencie broniący tytułu zespół z Gorzowa całkowicie stanął, a inicjatywę zaczęła przejmować Ślęza. Żółto-czerwone rozszyfrowały plan ofensywny trenera Dariusza Maciejewskiego i potrzebowały trzech minut, aby doprowadzić do remisu 30:30. G’mrice Davis wyprowadziła swoją drużynę na prowadzenie, a następnie wraz z koleżankami zbudowała sześciopunktową przewagę, z którą Ślęza schodziła do szatni. Losy spotkania w żadnym wypadku nie były przesądzone, bo gorzowianki w mgnieniu oka mogły odrobić straty. W szeregach 1KS-u była zatem potrzebna pełna koncentracja.

Tego, co wydarzyło się na rozpoczęcie drugiej połowy nie mógł przewidzieć absolutnie nikt. Ślęza w półtorej minuty zdobyła osiem punktów i trener Maciejewski musiał poprosić o czas. Ale jego wskazówki nie przyniosły żadnego skutku, bo wrocławianki były tak naładowane energią, że nie dało się ich po prostu zatrzymać. Zespół z Gorzowa po time-oucie popełnił cztery straty z rzędu, trzy przypisano na konto wyraźnie sfrustrowanej Magdaleny Szymkiewicz. A żółto-czerwone korzystały bezlitośnie z błędów rywalek, powiększając swoje prowadzenie.

Gdy szkoleniowiec Enei AZS-u znów potrzebował przerwy na żądanie, Ślęza miała już 20 punktów zapasu. Ten czas także nie pomógł triumfatorkom Pucharu Polski sprzed roku, bo Magdalena Kloska popełniła stratę, która kosztowała gorzowianki jeszcze trzy punkty po rzucie Ketiji Vihmane. Trafienie reprezentantki Łotwy zakończyło serię 26:2 dla 1KS-u, która właściwie przesądziła o losach pucharu. Zespół z Gorzowa próbował jeszcze nawiązać walkę, zdobywając sześć punktów z rzędu, lecz Ślęza nie miała zamiaru ponownie dać rywalkom nadziei na korzystny wynik. Wrocławianki grały mądrze, konsekwentnie i, co najważniejsze, skutecznie. Podopieczne Arkadiusza Rusina trafiały swoje rzuty w ważnych momentach, odpowiadając na jakiekolwiek próby zrywu ze strony przeciwniczek. W efekcie ostatnie 10 minut rozpoczęły przy 17 punktach prowadzenia.

W decydującej odsłonie Ślęza wciąż miała odpowiedź na wszystko, co próbował zrobić zespół z Gorzowa. Gdy trafiła Szymkiewicz, z dystansu przymierzyła Aleksandra Zięmborska. Na punkty Courtney Hurt odpowiedziała Davis. Trójka Klaudii Gertchen spotkała się z ripostą ze strony Dominiki Fiszer. Czas upływał i zdecydowanie grał na korzyść wrocławianek. W efekcie do rozstrzygnięcia pozostało tylko to, jaką przewagą Ślęza pokona Eneę AZS. Ostatecznie koncert 1KS-u zakończył się rezultatem 87:68 dla żółto-czerwonych, które mogły świętować zdobycie pierwszego w historii klubu Pucharu Polski.

Przed rozpoczęciem turnieju mało kto stawiał Ślęzę w roli faworytów do końcowego zwycięstwa. Trudno się dziwić, gdyż droga do tego triumfu wiodła przez trzy najmocniejsze zespoły Orlen Basket Ligi Kobiet w formule trzy dni – trzy mecze. Wrocławianki pokazały jednak niesamowity charakter, znakomite przygotowanie fizyczne i taktyczne. A przede wszystkim po zwycięstwie nad AZS-em UMCS-em Lublin, odniesionym w dramatycznych okolicznościach, uwierzyły w siebie jak nigdy dotąd w tym sezonie. To wszystko było kluczem do historycznego i w pełni zasłużonego triumfu.

Powiedziały po meczu

Dominika Fiszer: Zdobycie pucharu to przede wszystkim ogromna radość i satysfakcja. Cały turniej był dla nas bardzo udany i z każdym kolejnym zwycięstwem nasza pewność siebie rosła, tak że niedzielny finał był wisienką na torcie i wspaniałą nagrodą za wcześniej wykonaną pracę. Cudownie było również dzielić ten sukces z naszymi kibicami, którzy sprawili, że czułyśmy się jakbyśmy grały u siebie. Pierwszy puchar dla Ślęzy zostanie na zawsze w naszych sercach!

Mehryn Kraker: Jestem bardzo dumna z tego, że byłyśmy opanowane, trzymałyśmy się razem i przede wszystkim dobrze się bawiłyśmy. Ten weekend był świetny w wykonaniu naszej drużyny i myślę, że można było zobaczyć naprawdę dobrą, drużynową koszykówkę na przestrzeni tych trzech meczów. Jestem bardzo dumna ze wszystkich i niezwykle cieszę się, że jestem częścią historii tego klubu!

Digna Strautmane: To jest naprawdę wielki sukces dla naszej drużyny. Zawsze powtarzam, że mamy najlepszych kibiców i gramy w najlepszym mieście. Udowodniłyśmy, że potrafimy rywalizować z każdą drużyną w lidze i powalczyć o miejsce na szczycie. Puchar dał nam większą pewność siebie na resztę sezonu i musimy zrobić wszystko, aby utrzymać to pozytywne nastawienie w kolejnych meczach. Pokazałyśmy, że umiemy grać i wygrywać w tak ważnych meczach, a to dobrze zwiastuje w rywalizacji o medale. Pokonanie trzech świetnych zespołów w trzy dni to dla nas dowód na to, że pomimo zmęczenia i problemów możemy rywalizować z każdym. Dla mnie osobiście to zastrzyk pewności siebie. Zawsze wierzyłam, że stać nas na pokonanie każdego, a teraz jestem tego pewna.

Bank Pekao S.A. Puchar Polski Kobiet – finał

Ślęza Wrocław – KSSSE Enea AJP Gorzów Wlkp. 87:68 (19:19, 20:14, 26:15, 22:20).
Ślęza: Davis 23, Zięmborska 17, Vihmane 14, Kraker 9, Mielnicka 8, Kulińska 8, Strautmane 4, Fiszer 4, Jasik, Jeziorna 0.
KSSSE Enea AJP: Owusu 15, Szymkiewicz 15, Hurt 12, Osborne 9, Mikulasikova 6, Gertchen 6, Stasiak 3, Telenga 2, Kloska 0. Kuczyńska, Steblecka, Lebiecka DNP.

Charakterna Ślęza w finale Pucharu Polski!

Koszykarki Ślęzy Wrocław awansowały do finału Bank Pekao S.A. Pucharu Polski! Po dwóch wyczerpujących spotkaniach żółto-czerwone dziś o 18:00 zagrają z KSSSE Eneą AJP Gorzów Wielkopolski. Transmisja na sport.tvp.pl.

Jako najniżej sklasyfikowana drużyna Orlen Basket Ligi Kobiet po pierwszej rundzie sezonu zasadniczego, Ślęza musiała rozpocząć swoją drogę w pucharze od ćwierćfinału. Naprzeciwko żółto-czerwonych stanęły koszykarki z Lublina, które zaprzepaściły swoją szansę na rozstawienie sensacyjnie przegrywając tuż przed świętami z Wisłą Kraków. Starcia 1KS-u z AZS-em zawsze wiązały się z emocjami i nie inaczej było także w piątkowy wieczór w Arenie Sosnowiec.

Pierwsze momenty tego starcia były wyrównane, żadna ze stron nie odpuszczała przeciwniczkom. Przełom nastąpił po czterech minutach meczu, kiedy to lublinianki zaczęły budować swoją przewagę. Gdy Kamila Borkowska zamieniła przechwyt Destiny Slocum na dwa punkty, na tablicy widniał wynik 22:11 dla drużyny z Lublina. Trener Arkadiusz Rusin wziął czas już w trakcie tej ucieczki AZS-u, lecz jego podopieczne potrzebowały nieco więcej czasu na zmianę nastawienia. Gdy już to zrobiły, przeprowadziły serię 7:0 w niewiele ponad minutę i wróciły do gry.

W drugiej kwarcie zespół prowadzony przez Karola Kowalewskiego jeszcze raz próbował uciec, odskakując żółto-czerwonym na osiem punktów. Ślęza nie zamierzała jednak pozwolić rywalkom na zbudowanie przewagi, doprowadzając dość szybko do remisu 34:34. Ostatnie chwile pierwszej połowy należały do gospodyń tego spotkania, które zeszły do szatni przy prowadzeniu 41:38. W żadnym wypadku nie przekreślało to jednak szans wrocławianek, które wciąż były w grze.

Koszykarki 1KS-u potwierdziły swoje ambicje wychodząc na prowadzenie po dwóch minutach od wznowienia gry. Świetny fragment w tym okresie spotkania zaliczyła G’mrice Davis, zdobywając siedem punktów z rzędu, po których Ślęza wygrywała 47:43. Wrocławianki utrzymywały tę skromną przewagę przez kilka kolejnych posiadań, a końcówka trzeciej kwarty to prawdziwa wymiana ciosów. Odkąd na 50:49 trafiła Robbi Ryan, wydarzyło się jeszcze sześć zmian posiadania. Ostatecznie to lublinianki rozpoczynały decydującą odsłonę z przewagą, choć wynosiła ona już tylko jeden punkt.

Czwarta kwarta to prawdziwa wojna nerwów, raz prowadziła Ślęza, raz AZS UMCS i tak przez całe 10 minut. Żadna ze stron nie zamierzała odpuścić, nikt nie był w stanie zbudować przewagi dwóch posiadań. Wynik nieustannie oscylował w okolicach remisu – ostatnie dwie minuty rozpoczęły się przy stanie 72:72. Aleksandra Zięmborska trafiła tylko jeden rzut osobisty, dając lubliniankom szansę na objęcie prowadzenia. Zrobiła to Aleksandra Wojtala, a po drugiej stronie parkietu Zięmborska spudłowała rzut z półdystansu. AZS UMCS miał szansę na zadanie decydującego ciosu, lecz zawodniczki z Lublina zagrały zbyt kunktatorsko i popełniły brzemienny w skutkach błąd 24 sekund.

Arkadiusz Rusin poprosił o przerwę na 6,4 sekundy przed końcem i rozrysował akcję, mającą na celu wyprowadzenie do rzutu Ketiji Vihmane. Łotyszka zaatakowała kosz i położyła piłkę na obręczy, dając Ślęzie prowadzenie 75:74 na 2.3 sekundy do końca. Lublinianki pod presją czasu wykreowały trudną pozycję do rzutu Aleksandry Wojtali, a ta nie zmieściła się w tym krótkim okienku. Choć sędzia odgwizdał przewinienie, wszystko odbyło się już po zakończeniu czasu gry i Ślęza mogła świętować awans do półfinału.

Tam czekały już mistrzynie Polski – VBW Gdynia. Obie drużyny spotkały się już tydzień wcześniej w KGHM Ślęza Arenie i wówczas po trudnym meczu górą była Ślęza, wygrywając 77:64. Wtedy jednak w składzie gdynianek nie było jeszcze Leah Scott. Amerykanka błyskawicznie zaznaczyła swoją obecność w półfinałowym starciu, zdobywając pięć z pierwszych siedmiu punktów dla VBW.

Początek sobotniej konfrontacji miał podobny przebieg do tej dzień wcześniej. Ponownie obie strony zaczęły mocno, a wynik w połowie pierwszej kwarty był remisowy – 9:9. Jednak w przeciwieństwie do piątkowego meczu, tym razem to Ślęza miała w planach odskoczenie rywalkom. Ta sztuka jednak nie udawała się wrocławiankom, ponieważ podopieczne Martinsa Zibartsa regularnie stawały na linii rzutów osobistych i to w ten sposób utrzymywały się w grze.

Dopiero na początku drugiej kwarty żółto-czerwone ograniczyły faulowanie, a to od razu pozwoliło im na zbudowanie większej przewagi. Sześć kolejnych punktów 1KS-u sprawiło, że trener VBW musiał wziąć czas przy niekorzystnym dla siebie wyniku 20:27. Time-out na chwilę poprawił grę gdynianek, lecz po chwili znów do głosu doszły wrocławianki. Za trzy trafiła Zięmborska, a po dwóch oczkach Vihmane było już 35:25 dla Ślęzy. Zespół znad morza w końcu znalazł sposób na defensywę rywalek i zabrał się za odrabianie strat. W ciągu kolejnych dwóch minut przewaga dwukrotnych mistrzyń Polski stopniała do czterech oczek, a ostatecznie drużyna ze stolicy Dolnego Śląska schodziła na przerwę mając 5 punktów zapasu – 41:36.

Jasnym było, że VBW nie zamierza odpuścić i będzie wywierać presję na Ślęzę przez całą drugą połowę. Zadaniem podopiecznych Arkadiusza Rusina było utrzymanie nerwów na wodzy i obrona przewagi, choćby miała ona wynosić tylko jeden punkt. Oba zespoły realizowały swoje założenia, a to oznaczało, że cały czas jedną nogą w wielkim finale była drużyna z Wrocławia. Choć gdynianki robiły co mogły, aby zmniejszyć straty, to przeciwniczki właściwie za każdym razem odpowiadały na ich skuteczne akcje. Co więcej, momentami Ślęza potrafiła nie tylko odpowiedzieć, ale i zatrzymać rywalki, dzięki czemu na ostatnie dziesięć minut schodziła przy prowadzeniu 68:60.

Ta przewaga szybko stopniała jednak do trzech oczek, gdy Karolina Maj przymierzyła z dystansu, a niezastawiona Anna Jakubiuk zebrała piłkę po niecelnym rzucie Karoliny Ułan i była faulowana. Gdynianki cały czas naciskały na Ślęzę i w końcu ten upór przyniósł im sukces. Kluczową rolę w tym fragmencie odegrała Barbora Wrzesiński, asystując najpierw przy layupie Scott, a następnie przy trójce Ułan. Pięć minut do końca – 72:72.

Trener Rusin nie poprosił o czas i, jak się okazało, przynajmniej na tym etapie nie było takiej potrzeby. Aleksandra Mielnicka wzięła sprawy w swoje ręce, kończąc akcję 2+1, następnie asystując przy punktach Davis, aż wreszcie skończyła szybki atak. Tym samym kłodczanka w 30 sekund zbudowała swojej drużynie siedmiopunktowe prowadzenie 0 79:72. Trener Zibarts musiał zareagować time-outem, a po wznowieniu gry znów swój niesamowity instynkt do zbiórek ofensywnych wykazała Anna Jakubiuk, dobijając niecelną próbę Barbory Wrzesiński.

Kolejne dwie minuty wykazały, jak duże nerwy towarzyszyły tej rywalizacji – żadna ze stron nie przeprowadziła w tym okresie skutecznej akcji. Jak się ostatecznie okazało, już do samego końca nie zobaczyliśmy celnego rzutu z gry, bo wszystkie kolejne punkty były efektem rzutów osobistych. Każda z trzech rzucających spudłowała po jednej próbie, a na końcu tego wszystkiego górą okazała się Ślęza, wygrywając 80:76.

Wrocławianki stoją przed trzecią w ostatnim dziesięcioleciu szansą na wywalczenie Pucharu Polski. Poprzednie dwie zakończyły się niepowodzeniem – w 2016 górą był AZS UMCS Lublin, rok później po dogrywce lepsza okazała się Wisła Kraków. Do trzech razy sztuka? O to będzie piekielnie trudno, gdyż rywalem 1KS-u będzie KSSSE Enea AJP Gorzów Wielkopolski. Gorzowianki zademonstrowały swój ogromny potencjał rozbijając w półfinale MB Zagłębie Sosnowiec 99:72. Do zdrowia powróciły Weronika Telenga i Ashley Owusu, więc trener Maciejewski ma do dyspozycji wszystkie swoje zawodniczki. Gorzowianki bez wątpienia są faworytem do tego, aby obronić tytuł, ale Ślęza doskonale czuje się w roli underdoga. Czy zmęczone wrocławianki stać na jeszcze jeden krok i wielką niespodziankę? Przekonamy się dziś wieczorem.

Początek finału Bank Pekao S.A. Pucharu Polski Kobiet pomiędzy Ślęzą Wrocław i KSSSE Eneą AJP Gorzów Wielkopolski o godzinie 18:00 w Arenie Sosnowiec. Transmisja z tego spotkania dostępna będzie na stronie sport.tvp.pl i w aplikacji TVP Sport.

Bank Pekao S.A. Puchar Polski Kobiet

Ćwierćfinał

AZS UMCS Lublin – Ślęza Wrocław 74:75 (22:18, 19:20, 15:17, 18:20).
AZS UMCS: 
Stanković 16, Ryan 16, Borkowska 12, Wnorowska 12, Slocum 11, Ullmann 5, Wojtala 2, Gatling 0. Pogorzelska, Rakowska DNP.
Ślęza: Davis 19, Mielnicka 11, Strautmane 11, Zięmborska 9, Vihmane 9, Fiszer 6, Kraker 5, Kulińska 5, Jeziorna 0. Jasik DNP.

Półfinał

VBW Gdynia – Ślęza Wrocław 76:80 (19:21, 17:20, 24:27, 16:12).
VBW: 
Jakubiuk 24 (12 zb), Scott 18, Wrzesiński 12 (11 a), Ułan 9, Hobby 7, Maj 6, Piestrzyńska, Wysocka 0. Czurgiel, Zalewska DNP.
Ślęza: Mielnicka 22, Davis 16, Kraker 11, Vihmane 10, Kulińska 7, Strautmane 6, Zięmborska 5, Fiszer 3, Jeziorna 0. Jasik DNP.

Dominacja Ślęzy w derbach Dolnego Śląska

Ślęza Wrocław nie miała najmniejszych problemów z pokonaniem Isands Wichosia Jelenia Góra w meczu 15. kolejki Orlen Basket Ligi Kobiet. Już do przerwy żółto-czerwone zdobyły więcej punktów, niż gospodynie w całym spotkaniu.

Ślęza praktycznie od samego początku narzuciła swoje warunki gry. Wrocławianki w niewiele ponad minutę zdobyły 11 punktów z rzędu i doprowadziły do stanu 17:6. Od tego momentu zadaniem żółto-czerwonych było zbudowanie jak największego prowadzenia, żeby trener Arkadiusz Rusin mógł dać więcej czasu na parkiecie zawodniczkom, które zazwyczaj grają mniej. Koszykarki 1KS-u ten cel w stu procentach zrealizowały w drugiej kwarcie. Agresywna, stanowcza obrona wymuszała straty – dziewięć z dziesięciu kolejnych posiadań ofensywnych Isands Wichosia zakończyło się stratą. W tym czasie prowadzenie Ślęzy urosło do 38 punktów, a ostatecznie do przerwy na tablicy widniał wynik 63:16. Jeleniogórzanki w drugiej odsłonie zdobyły tylko dwa oczka.

Po wznowieniu gry trener Rusin tylko na chwilę wpuścił na parkiet G’mrice Davis, relatywnie krótko grały także pozostałe podstawowe zawodniczki 1KS-u. Tylko Aleksandra Zięmborska spędziła w akcji więcej niż 24 minuty, choć blisko tej bariery była także Aleksandra Mielnicka. Sporo gry otrzymały Zuzanna Kulińska, Julia Jeziorna i Iga Jasik. Ta pierwsza skończyła mecz z najwyższym wskaźnikiem EVAL, zaś 16-letnia Jasik zapisała przy swoim nazwisko trzy bloki i dwa przechwyty.

Wrocławianki po przerwie zdjęły nogę z gazu, co przełożyło się na więcej przestrzeni do gry dla ich rywalek. Koszykarki Isands Wichosia wykorzystały ten obrót wydarzeń i poprawiły swój dorobek punktowy, wygrywając czwartą kwartę 17:12. To jednak tylko zmniejszyło rozmiary i tak dotkliwej porażki. Ślęza zrealizowała wszystkie swoje założenia i już może spoglądać w kierunku piątkowego starcia w ramach Bank Pekao S.A. Pucharu Polski. Żółto-czerwone w ćwierćfinale tego turnieju zagrają z AZS-em UMCS-em Lublin.

Isands Wichoś Jelenia Góra – Ślęza Wrocław 49:103 (14:31, 2:32, 16:28, 17:12).
Isands Wichoś: Kosalewicz 16, Warsińska 14, Domka 11, Pawlukiewicz 6, Kurkowiak 2, Prokop, Stępień, Pilichowska, Byczkowska, Dżochowska 0. Wojciechowska DNP.
Ślęza: Kraker 19, Davis 18, Zięmborska 18, Kulińska 15, Vihmane 9, Strautmane 7, Jeziorna 7, Mielnicka 4, Jasik 4, Fiszer 2.

Ślęza znów dominuje w lidze

Koszykarki Ślęzy Wrocław bardzo pewnie pokonały Artego Bydgoszcz w meczu 10. kolejki Orlen Basket Ligi Kobiet. Żółto-czerwone ani przez chwilę nie pozwoliły rywalkom na przejęcie inicjatywy.

Wrocławianki w pierwszych minutach nie potrafiły znaleźć swojego rytmu w ofensywie, pudłując pięć z ośmiu pierwszych prób. Na szczęście dla nich, przyjezdne również nie grzeszyły skutecznością i w połowie premierowej odsłony Ślęza prowadziła 9:8. Siedem punktów z rzędu zdobytych przez koszykarki 1KS-u na przestrzeni kolejnych dwóch minut otworzyło mecz na dobre. Zespół z Bydgoszczy odpowiedział co prawda pięcioma oczkami, ale ostatnie słowo należało do gospodyń, które zakończyły tę część meczu prowadzeniem 20:13.

Po wznowieniu gry żółto-czerwone zabrały się za budowanie przewagi. Pomogła w tym wydatnie seria punktowa 15:2, po której na tablicy widniał wynik 35:17. Na tym jednak Ślęza nie zamierzała poprzestać, konsekwentnie pracując po obu stronach parkietu. Podopieczne Arkadiusza Rusina ponownie nie miały dobrego dnia jeśli chodzi o dyspozycję zza łuku, lecz pod koszem były nie do zatrzymania. To właśnie łatwe punkty z pomalowanego napędziły ostatnią passę 1KS-u w pierwszej połowie. Wrocławianki zdobyły 11 oczek bez odpowiedzi rywalek i do przerwy „zdublowały” koszykarki Artego, schodząc do szatni przy wyniku 51:25.

Zadaniem Ślęzy po przerwie było dopilnowanie, żeby praca wykonana w pierwszych dwudziestu minutach nie poszła na marne. I niezależnie od tego, jaki zestaw desygnowany przez Arkadiusza Rusina przebywał na parkiecie, to zadanie udawało się realizować. Co więcej – przewaga żółto-czerwonych systematycznie rosła, bo Artego nie było w stanie znaleźć odpowiednich rozwiązań w obronie. Pod koniec trzeciej kwarty było już 71:36.

Ten sam scenariusz wydarzył się w ostatniej części spotkania. Przewaga Ślęzy urosła jeszcze o kilka punktów głównie za sprawą przełamania z dystansu. Impuls do trafiania zza łuku dała Zuzanna Kulińska, chwilę później trójkę dołożyła Digna Strautmane. Kropkę nad i postawiła Mehryn Kraker, trzykrotnie skutecznie rzucając zza linii 6,75 m. W efekcie wrocławianki zwyciężyły aż 92:51, drugi mecz z rzędu wygrywając ponad 40 punktami.

Po trudnym spotkaniu z Movistarem Estudiantes pewny triumf nad Artego pozwolił trenerowi Rusinowi na szeroką rotację. Żadna z jego zawodniczek nie spędziła na parkiecie więcej niż 27 minut, a po raz kolejny sporo czasu w akcji dostały Iga Jasik i Julia Jeziorna. Wrocławianki teraz znów muszą skupić się na rywalizacji z Estudiantes, która przenosi się do Madrytu. Rewanżowe spotkanie pierwszej rundy play-off w stolicy Hiszpanii rozpocznie się o godzinie 20:00.

Ślęza Wrocław – Artego Bydgoszcz 92:51 (20:13, 31:12, 20:13, 21:13).
Ślęza: Kraker 24, Davis 19, Strautmane 15 (11 zb), Mielnicka 13, Kulińska 11, Zięmborska 5, Jeziorna 3, Vihmane 2, Fiszer, Jasik 0.
Artego: Jones 12, Keller 12, Pawłowska 11, Danielewicz 8, Pokk 4, Pawlikowska 4, Sobiech, Szymkiewicz, Gliszczyńska 0.