„Grałyśmy w sposób, w jaki wcześniej chyba jeszcze w tym sezonie nie grałyśmy.”
Kapitan Ślęzy Wrocław, Digna Strautmane w obszernym wywiadzie opowiada o emocjach związanych z Pucharem Polski, wzlotach i upadkach na przestrzeni sezonu oraz wielu, wielu innych kwestiach…
Emocje po zdobyciu pucharu opadły? Nadal je czujesz, czy to już trochę odległe wspomnienie?
Zdecydowanie nadal to czuję – wręcz niewiarygodne jest to, jak tego dokonałyśmy. Oczywiście jestem bardzo szczęśliwa i mam nadzieję, że uda nam się przenieść tę pozytywną energię na kolejne mecze. Chcemy to podtrzymać, nie zatrzymać się tylko na emocjach związanych z pucharem. Bardzo ważne jest, żeby myśleć dalej o zwycięstwach i kontynuować sezon w takim zwycięskim stylu, wygrywać wszystkie kolejne mecze, które przed nami.
Wchodząc w ten turniej, mieliśmy za sobą dużo wzlotów i upadków, lepszych i gorszych momentów. Jak to wyglądało z waszej perspektywy przed samym pucharem?
Myślę, że tak naprawdę nie wiedziałyśmy, jak to się potoczy. Ale po meczach mówiłyśmy między sobą, że mamy bardzo dobre przeczucia. Nie wiem, czy to była mniejsza presja, czy po prostu świadomość, że już wcześniej miałyśmy sporo trudnych momentów. Z drugiej strony dobrze trenowałyśmy i wiele rzeczy wychodziło nam naprawdę solidnie. Po tylu rozegranych meczach nigdy nie wiesz, jak zareaguje organizm – czy będziesz pełna energii i gotowa na kolejne spotkania, czy jednak ciało da znać o zmęczeniu. Nie można powiedzieć, że nie byłyśmy zmęczone, ale patrząc też na inne zespoły ten moment sezonu, świąteczno-noworoczny, jest bardzo trudny dla zawodniczek. Myślę, że świetnie poradziłyśmy sobie z utrzymaniem stabilności. W żadnym meczu się nie poddałyśmy. Nawet jeśli były słabsze momenty, nie załamywałyśmy się. Szłyśmy dalej, trzymając się planu. Nie mogę powiedzieć, że w trakcie sezonu zawsze realizowałyśmy założenia trenerów, ale w tych meczach – w większości tak. I to bardzo nam pomogło.
Skoro mówimy o planach – opowiedz o ostatniej akcji w ćwierćfinale. Czy od początku było wiadomo, że piłka trafi do Ketiji Vihmane, czy może miało to wyglądać inaczej?
Nie było jednej konkretnej opcji. Trener po prostu rozpisał zagrywkę z kilkoma możliwymi rozwiązaniami. Jedna z opcji się otworzyła, tak wyszło że był to wjazd Keti i myślę, że ona sama nawet nie planowała tego w ten sposób. Żadna zagrywka nie zakładała takiego wariantu gry jeden na jeden, ale czasem trzeba to po prostu poczuć. Ona to świetnie wyczuła, podjęła najlepszą decyzję i wyszło idealnie.
Czy to był moment, w którym pomyślałyście „okej, damy radę”, czy przyszło to później? A może wcale?
Zdecydowanie myślałyśmy, że jeśli wygramy pierwszy mecz, to możemy wygrać wszystko. A zwycięstwo z Lublinem dało nam ogromny zastrzyk pewności siebie. To świetna drużyna, która dodała nową zawodniczkę, więc ten rezultat był bardzo budujący. I myślę, że dobrze to później wykorzystałyśmy.
Dobrze. Przejdźmy do kolejnego meczu, przeciwko Gdyni. Oni cały czas naciskali, wracali do gry, ale z boku wyglądało to tak, jakbyście były zespołem, którego tego dnia po prostu nie dało się zatrzymać. Czy wy też tak to czułyście?
Tak, faktycznie. Drugi mecz był wyrównany przez cały czas, ale my nie miałyśmy poczucia, że jest to tak zacięte spotkanie. To wciąż bardzo dobra drużyna i nie myślałyśmy przez cały mecz, że na pewno wygramy, ale sposób, w jaki grałyśmy, i nasza stabilność robiły różnicę. Nie panikowałyśmy, gdy się do nas zbliżały. Byłyśmy zmęczone i wiedziałyśmy, że one nie grały meczu dzień wcześniej, więc nie było wiadomo, jak to się skończy. Dla nas kluczowe było to, czy damy radę utrzymać ten poziom do końca meczu. Przy krótszej rotacji bywa to trudniejsze, zwłaszcza pod koniec spotkań. Te mecze pokazały, że nawet przy zmęczeniu potrafimy zachować spokój i robić to, co trzeba.
Po tym meczu, oglądając nagrania z waszej radości, miałem wrażenie, że to było dość stonowane świętowanie. Jakbyście myślały: „okej, ale przecież zaraz kolejny mecz”. Dla mnie nie było tam aż tak dużo euforii jak po ćwierćfinale.
Tak, zgadza się. Myślę, że też dlatego, że to nie był ładny mecz. Przede wszystkim – nie byłyśmy super zadowolone z tego, jak grałyśmy. To jedno, a po drugie byłyśmy naprawdę bardzo zmęczone. Nie myślałyśmy wtedy jeszcze o kolejnym meczu, ale byłyśmy tak wyczerpane, że nie miałyśmy siły nawet skakać z radości. Oczywiście byłyśmy bardzo szczęśliwe z awansu do finału, ale ogólnie dominowało zmęczenie.
Nie wiem, co się zmieniło przez noc, ale już w niedzielę rano, podczas rozciągania i takich naszych rytuałów przedmeczowych miałyśmy wrażenie, że czujemy się o niebo lepiej niż dzień wcześniej. Nawet po finale same mówiłyśmy, że to chyba była czysta adrenalina związana z grą o pełną pulę. Każda z nas czuła, że przed decydującym meczem miałyśmy dużo więcej energii. Może po prostu wcześniej to w sobie trzymałyśmy, a w finale wszystko z nas zeszło i dałyśmy z siebie tyle, ile mogłyśmy.
Przed finałem z Gorzowem było wiele czynników związanych z meczem właśnie z tym rywalem. Czy tyłu głowy były myśli: grałyśmy z nimi dwa razy w sezonie i oba mecze przegrałyśmy, do tego po kontuzjach powróciły Weronika Telenga i Ashley Owusu. Nie nazwę tego uczucia strachem, ale raczej takim niepokojem.
Myślę, że trochę tak. Zdecydowanie to bardzo silna drużyna i wiedziałyśmy, że nie będzie łatwo i faktycznie nie było. Przy tak szerokiej rotacji patrzysz na zespół i nigdy nie wiesz, jakie zawodniczki będą odgrywać większą rolę, jak ułoży się mecz. Myślę, że przez porażki w sezonie zasadniczym, presja na nas była mniejsza, bo nie miałyśmy nic do stracenia. Oczywiście chciałyśmy wygrać, ale jeśli by się nie udało, to nie byłby koniec świata.
Ale tak jak mówiłam, myślę że każda z nas obudziła się z bardzo dobrym przeczuciem. Po meczu właśnie o tym rozmawiałyśmy, po prostu czułyśmy się dobrze i wiedziałyśmy, że to może być nasz dzień. Już przed spotkaniem widziałam, że mamy w drużynie świetną energię. W sobotę wieczorem myślałam, że może być gorzej, patrząc na nasze zmęczenie. Każda trzymała te uczucia w sobie, nikt nie chciał dać po sobie poznać, że jest bardzo zmęczony.
W takiej sytuacji nikt nie chce być tą, która narzeka.
Dokładnie! Nikt nie chciał tego głośno powiedzieć ani „wkładać tego do głowy” innym, ale myślę, że każda z nas o tym myślała. Ale z drugiej strony przed finałem też nikt nie chciał mówić, że czuje się aż tak dobrze. Dopiero po meczu rozmawiałyśmy o tym, że faktycznie wchodząc w ten mecz miałyśmy bardzo dobre przeczucia. Oczywiście nie chodzi o to, że wiedziałyśmy, że wygramy, no bo nigdy nie wiesz, jak rywalki się zaprezentują. Ale gdy mecz już się toczył i widziałyśmy, że mają troszkę niższy poziom energii od nas, wtedy poczułyśmy: okej, możemy to zrobić. Z każdą minutą miałyśmy coraz więcej energii i w porównaniu do innych trudnych meczów w tym sezonie i było widać, że pod tym kątem jesteśmy zupełnie inną drużyną niż zazwyczaj. Byłyśmy bardzo energiczne, wspierałyśmy się, grałyśmy zespołowo i dzieliłyśmy się piłką. I myślę, że to sprawiło, że tego dnia byłyśmy lepszym zespołem.
Jeszcze próbując rozszerzyć ten wątek- bo częściowo już na to odpowiedziałaś – czy było coś konkretnego, co sprawiło, że zapomniałyście o zmęczeniu i zagrałyście najlepszą trzecią kwartę, jakiej nie widzieliśmy w wykonaniu Ślęzy od dawna?
Wiesz co, nie było chyba jednej konkretnej rzeczy. Po prostu każda z nas czuła się dobrze i każdej wpadały rzuty. To była po prostu bardzo dobra gra zespołowa, a nie sytuacja, w której jedna zawodniczka wszystko ciągnęła, a potem coś jej nie wychodziło i nagle się zatrzymujemy. Grałyśmy dobrą obronę, a to napędzało nasz atak. Rywalki nie bardzo wiedziały, jak nas zatrzymać, kiedy tak dobrze dzieliłyśmy się piłką.
Grałyśmy w sposób, w jaki wcześniej chyba jeszcze w tym sezonie nie grałyśmy. One pewnie myślały, że zagramy indywidualnie, jeden na jeden, a my dzieliłyśmy się piłką i pilnowałyśmy, żeby każda miała swoje okazje na zdobywanie punktów. No i oczywiście trafianie rzutów bardzo pomaga! (śmiech) To był po prostu dla nas bardzo dobry dzień i ogólnie bardzo dobry turniej. Myślę, że to daje nam perspektywę na przyszłość – jak możemy grać i co robić, żeby codziennie być najlepszą możliwą drużyną.
Zajrzyjmy trochę za kulisy. Jak wyglądało świętowanie? Jakie były emocje, komentarze? Co mówiłyście sobie po podniesieniu pucharu?
Na początku wszystkie byłyśmy w szoku, że naprawdę to zrobiłyśmy i myślę, że każda z nas jeszcze troszeczkę niedowierza! Oczywiście była ogromna radość i każda cieszyła się sukcesem innych, to nie było takie egoistyczne „ja to zrobiłam, ja wygrałam”. Cały turniej spędziłyśmy jako drużyna, każdy mecz był testamentem dla ducha naszego zespołu, więc każdy cieszył się szczęściem innych. Każda zrobiła coś dobrego w kluczowych momentach i to pozwoliło nam zdobyć puchar. To nie była zasługa jednej zawodniczki ani samych trenerów – to była praca całego zespołu. I uważam, że właśnie tak musi wyglądać drużyna, która chce coś osiągnąć, zwłaszcza w tak trudnym turnieju z trzema meczami.
No dobrze. Jedna rzecz jest teraz oczywiście świeższa, ale co smakowało lepiej: podniesienie pucharu czy zdobycie brązowego medalu w kwietniu?
Hmm… Myślę, że nie da się tego tak bezpośrednio porównać. Oczywiście zdobycie trzeciego miejsca było czymś niesamowitym, zwłaszcza że rok wcześniej nie zdobyłyśmy medalu, więc brąz w zeszłym sezonie był czymś bardzo ważnym. Ale mimo wszystko odczuwałyśmy wtedy taki lekki niedosyt, bo czułam, że byłyśmy bardzo blisko finału i walki o złoto.
Ale tak teraz myślę, że wszystko dzieje się z jakiegoś powodu. Wyciągasz wnioski z tego, co wydarzyło się w poprzednim sezonie, i wykorzystujesz to teraz. W zeszłym roku nawet nie wygrałyśmy pierwszego meczu w pucharze, co też było rozczarowujące. Do tego brak gry w EuroCup, więc nie byłyśmy wtedy aż tak zmęczone, a mimo to przegrałyśmy w Pucharze i w półfinale. Mimo wszystko trzecie miejsce było świetnym doświadczeniem.
A ten turniej, ten puchar… Czułam, że potrzebowałyśmy tego zwycięstwa nawet bardziej niż rok temu. W zeszłym sezonie byłyśmy bardzo dobrą drużyną i wiedziałyśmy, że niezależnie od wszystkiego musimy być na samym szczycie. A teraz, po tylu wzlotach i upadkach ten zastrzyk pewności siebie był nam jeszcze bardziej potrzebny. Teraz już udowodniłyśmy sobie w pełni, na co nas stać. Kluczem będzie kontynuacja ciężkiej pracy i konsekwencja — na treningach, w regeneracji, każdego dnia. Na początku sezonu powiedziałam dziewczynom, że mamy jeden cel — złoto. I to nadal jest nasz cel, a ten turniej pokazał, że to realny cel, bo naprawdę możemy to osiągnąć. Teraz, gdy została nam tylko liga, skupiamy się właśnie na tym.
Teraz na chwilę chciałbym odejść od rozmowy o drużynie, a konkretnie porozmawiać o tobie, Dignie Strautmane. Patrząc na ciebie, miałem wrażenie, że w momencie podniesienia pucharu spadł ci ogromny ciężar z barków.
Czuję się wspaniale, naprawdę świetnie. Wygranie pucharu to ogromne osiągnięcie dla każdego sportowca. Polska liga jest naprawdę mocna i wyrównana, a dla mnie osobiście zdobycie pucharu to coś niesamowitego. Oczywiście każdy tytuł w karierze ma ogromne znaczenie, w Australii też wygrałam, ale to nie był puchar, to nie było to. Od dawna nie sięgnęłam po tak prestiżowe trofeum. Dlatego bardzo się cieszę, a jeszcze dodatkowo wygrać z tą drużyną, na co pracowałam przez trzy lata, jest wspaniałą rzeczą.
Nie jesteście zespołem, który szuka wymówek czy usprawiedliwień. Ale może teraz jest moment, żeby powiedzieć o wszystkich trudnościach, problemach – wzlotach i upadkach.
Przede wszystkim nie miałyśmy wspólnie długiego okresu przygotowawczego, a w takim układzie zbudowanie chemii zajmuje naturalnie więcej czasu. Także granie dwóch meczów tygodniowo i ciągłe podróże są bardzo wymagające, nie ma w ogóle czasu na treningi na parkiecie. A trenowanie naprawdę pomaga w budowaniu zgrania. To zgranie musieliśmy budować w locie, poznawać się w zasadzie podczas meczów, a osiągnięcie optymalnego poziomu zrozumienia w takim układzie trwa dłużej.
W tym miejscu muszę też powiedzieć, że dużym ciosem była dla nas kontuzja Mamy (Weroniki Gajdy – red.). Ona jest ogromnie ważną częścią zespołu, jej obecność bardzo dużo daje drużynie. Służy doświadczeniem, dzieli się swoją wiedzą, a przy tym jest wspaniałą osobą i mam nadzieję, że pomoże nam pod koniec sezonu.
Osobną kwestią jest sposób, w jaki pożegnaliśmy się z EuroCupem. Dyspozycja, w jakiej byłyśmy w tym decydującym meczu w Madrycie przekreśliła całą naszą pracę prowadzącą do tego momentu. To na pewno nas przybiło i wytrąciło z takiego pozytywnego rytmu. A ciągłe podróżowanie nie daje czasu na regenerację, sprzyja także mniejszym lub większym chorobom. Dobrze widać, że nie mamy najszerszej rotacji w lidze, więc musimy dbać o swoje ciała podwójnie. Wielkie podziękowania dla naszego fizjoterapeuty, Andrzeja Lange, bo poświęca on mnóstwo swojego czasu abyśmy były w możliwie jak najlepszej formie. Podczas tego pucharu pracował do późnych godzin nocnych, żeby o nas zadbać. Jego praca na pewno przyczyniła się do tego, że sięgnęłyśmy po puchar.
I mimo wszystkich tych trudności wchodzimy w puchar i go wygrywamy. Teraz zostawiamy te wszystkie negatywne rzeczy za sobą. Na szczęście wyniknęło z nich coś wspaniałego i to jest najważniejsze.
To twój trzeci sezon w Ślęzie, ale pierwszy w roli kapitana. To oczywiście ogromna odpowiedzialność i widać po tobie, że ta rola wiele dla ciebie znaczy. Jak sobie z tym radzisz?
Tak, tak. Chyba dobrze, co? Myślę, że zawsze jest łatwiej, kiedy się wygrywa. Wtedy wszystko jest w porządku, wszyscy są szczęśliwi i nie ma problemów. Trudniej robi się wtedy, gdy zespół częściej przegrywa i trzeba wykonać dużo pracy poza boiskiem, żeby utrzymać wszystkich w dobrej kondycji psychicznej. Albo po prostu sprawić, żeby było w porządku. Na razie myślę, że jest okej. Dziewczyny są wspaniałe. Ja nie jestem najbardziej wokalnym liderem, więc nie wiem, czy wszyscy by powiedzieli, że spisuję się dobrze w roli kapitana. Ale myślę, że dziewczyny wspierają siebie nawzajem. I patrząc na to, że cała drużyna trzyma się wspólnie jako grupa to jest to dla mnie sukces.
Nie widzę, żeby ktoś był wycofany, smutny albo żebyśmy nie potrafiły ze sobą rozmawiać. Pod tym względem naprawdę dobrze funkcjonujemy jako zespół – pomagamy sobie nawzajem utrzymać jak najlepsze nastawienie. Oczywiście nie wszystko zawsze jest idealne i kolorowe, ale myślę, że jako 10-11 dziewczyn w drużynie mamy podobną, dobrą energię i to samo nastawienie na cel. Oczywiście że nie zawsze będzie to tak wyglądać, czasami ktoś będzie czuł się gorzej, ale zrobię wszystko, żebyśmy do samego końca były drużyną. Więc podsumowując – czy jestem szczęśliwa? Z drużyny oczywiście. A z mojej pracy? Nie mi to oceniać! (śmiech)
Właśnie chciałem zapytać o tę pracę, bo znalazłem cytat, który mówi: „robisz swoją pracę tak, żeby inni mogli robić swoją”. Więc jakie jest twoje główne zadanie jako kapitana?
Myślę, że przede wszystkim komunikacja i próba pomocy, jeśli ktoś jej potrzebuje. Jeśli ktoś potrzebuje wsparcia, rady czy pomocy – jestem. Mam nadzieję, że ludzie postrzegają mnie jako osobę, do której można przyjść i porozmawiać, kiedy jest taka potrzeba i to uważam za moje najważniejsze zadanie. Mam nadzieję, że dziewczyny o tym wiedzą i że z tego korzystają.
Bo moim zdaniem będąc kapitanem nie chodzi o to, że jesteś absolutnie najlepsza na parkiecie czy w jakiś inny sposób. Chodzi o to, czy potrafisz sprawić, żeby drużyna czuła się bezpiecznie, dobrze, głównie mentalnie, bo fizycznie każda robi swoją robotę. Ja nie mogę za kogoś grać czy przygotować się do meczu, ale mogę i chcę pomóc mentalnie – żeby każdy czuł się komfortowo i wiedział, że zawsze ma z kim porozmawiać o czymkolwiek chce.
Opowiedz mi o okrzyku i mentalności „No I” – o co w tym chodzi? Co to znaczy dla ciebie i zespołu?
To taki wewnętrzny żart. Szczerze mówiąc, nawet nie wiem, jak zaczął się pojawiać na parkiecie, ale jest bardzo zabawny. Dla nas wszystko sprowadza się właśnie do tego żartu i najważniejsze jest to, że możemy się z nim utożsamiać. Nikt inny nie musi rozumieć, o co tak naprawdę chodzi – to po prostu jest nasz żart.
Ten zespół, co było doskonale widoczne przez te trzy dni, jest gotów iść za siebie nawzajem w ogień. Skąd to się bierze?
Nie wiem. Myślę, że po prostu byłyśmy gotowe, żeby w końcu zagrać dobre mecze. Naturalnie nie chodzi o to, że mecze z Lublinem i Gdynią były idealne. Ale już w meczu z Gorzowem wyszłyśmy na parkiet zupełnie inne. I nawet w tych pozostałych spotkaniach, tak jak już mówiłam też grałyśmy bardzo stabilnie. Ale cały czas miałyśmy poczucie, że to jeszcze nie to, że w końcu musi nadejść taki mecz, po którym naprawdę będziemy zadowolone z naszej gry. Czekałyśmy na to uczucie, bo wcześniej nie było meczu, po którym powiedziałybyśmy: „tak, to było naprawdę dobre”. I dopiero mecz z Gorzowem to pokazał, byłyśmy zadowolone z tego, jak grałyśmy. Nie wiem dokładnie dlaczego, ale chyba kluczowa była wiara, że możemy to zrobić. Po wygraniu dwóch poprzednich meczów pomyślałyśmy: właśnie pokonałyśmy dwa bardzo trudne zespoły. Wiedziałyśmy, że nie będzie łatwo, ale wszystkie wierzyłyśmy, że damy radę.
To była niesamowita droga po puchar, ale dobrze wiemy, że nie ma czasu na świętowanie – przed nami bardzo ważny mecz z Lublinem i reszta sezonu zasadniczego. Czy trudno będzie odciąć się od tego, co się wydarzyło, i skupić na tym, co przed nami?
Myślę, że żadna z nas nie rozpamiętuje już ostatniego meczu, nie ma w nas poczucia, że „to już wszystko, sezon skończony”. Raczej trzeba to traktować w kategorii zastrzyku energii. Teraz już wiemy, że możemy, więc chcemy grać do samego końca. Od dzisiaj liczy się tylko następny mecz. Bardzo ważne jest dla nas to, że mamy teraz czas na trenowanie i możemy się naprawdę solidnie przygotować do kolejnych spotkań, bo tak jak mówiłam, wcześniej nie miałyśmy na to zbyt wiele czasu. Dopiero co grałyśmy z Lublinem, i lepiej wiemy już, czego się spodziewać. Teraz chodzi o korekty i wyciąganie wniosków z błędów. Jeszcze raz chcę podkreślić wagę czasu na trenowanie.
Idąc dalej, wiemy że zostało siedem meczów sezonu zasadniczego i każdy z tych meczów będzie dla nas ważny. Chcemy wygrać wszystkie te spotkania i udowodnić, że nasze miejsce jest w ligowej czołówce. Mierzymy wysoko, liczymy na grę w finale o złoty medal.
Na koniec — twoja wiadomość do kibiców na resztę sezonu i play-offy.
Przede wszystkim pucharowy weekend w Sosnowcu po raz kolejny udowodnił, że mamy najlepszych kibiców. Zawsze to mówiłam i zawsze będę to powtarzać – na pewno mamy najlepszą bazę kibiców w polskiej lidze. Ale i ogólnie na przestrzeni mojej kariery, gdziekolwiek grałam, rzadko spotykałam tak lojalną i oddaną grupę ludzi, którzy cały czas są z nami i w nas wierzą. Jesteśmy tu jedną wielką rodziną i to niezmiernie pomaga. Patrząc na filmiki i zdjęcia z tego weekendu, wyglądało to jakbyśmy grali u siebie, z naszymi ludźmi wspierającymi nas na każdym kroku. To bardzo pomogło nam teraz i pomoże w kolejnych meczach sezonu i fazie finałowej.
Chciałabym, żeby wszystko zostało tak, jak jest. Będą jeszcze wzloty i upadki i absolutnie nie możemy myśleć, że teraz będziemy wszystkich ogrywać różnicą 30 punktów, bo tak się po prostu nie stanie. Przed nami jeszcze wiele trudnych meczów. Trzymanie się razem – kibice, my, trenerzy, sztab – to klucz do naszych sukcesów. Nie możemy myśleć: „o wywalczyliśmy puchar, świetnie, teraz już będzie z górki”. Nic nie przyjdzie nam łatwo, wszyscy będą na nas jeszcze lepiej przygotowani.
Mogę życzyć sobie i nam wszystkim, żebyśmy byli razem na dobre i na złe. Bo razem jesteśmy silniejsi i możemy osiągnąć więcej.



