Ślęza – Polonia: zmazać plamę po dotkliwej porażce

Koszykarki Ślęzy Wrocław w niedzielę o 18:00 podejmą w KGHM Ślęza Arenie SKK Polonię Warszawa. Spotkanie to, jak przystało na koniec sezonu zasadniczego, będzie miało dla obu drużyn ogromne znaczenie w kontekście fazy play-off.

Można powiedzieć, że już tradycyjnie na trzy kolejki przed końcem pierwszego etapu rozgrywek, w tabeli Orlen Basket Ligi Kobiet nie wiadomo praktycznie nic. Z wyjątkiem beniaminka z Jeleniej Góry wszystkie zespoły wciąż są uwikłane w walkę o jak najlepsze miejsce w tabeli i konia z rzędem temu, kto teraz bezbłędnie przewidzi cały układ ligowej stawki. Dużo powie nam nadchodząca seria gier. W 20. kolejce dojdzie do starcia o 1. miejsce na linii Gorzów – Lublin, kluczowego meczu w grze o 6. lokatę pomiędzy Energą Toruń i Wisłą Kraków oraz dwóch istotnych gier w ramach rywalizacji o trzecią lokatę.

W tej ostatniej znajduje się właśnie Ślęza Wrocław, która zmierzy się Polonią Warszawa. Wrocławianki będą znać już rezultat korespondencyjnego pojedynku w Poznaniu pomiędzy Eneą AZS-em Politechniką Poznań i Contimaxem MOSiR Bochnia. Porażka poznanianek w zasadzie przekreśli szanse tej drużyny na podium po 22. kolejkach, ale w przypadku zwycięstwa zespół z Wielkopolski wciąż będzie wywierać presję na Ślęzie. Żółto-czerwone mają w tej chwili jeden mecz przewagi nad Eneą AZS-em i dodatkowy bufor bezpieczeństwa w postaci korzystnego bilansu bezpośrednich spotkań. Oznacza to, że Ślęza musiałaby przegrać dwa z trzech ostatnich meczów, a ekipa z Poznania zgarnąć pełną pulę. A po porażce 1KS-u w Sosnowcu ten scenariusz zapewne kiełkuje w niektórych głowach.

Wrocławiankom w konfrontacji z Zagłębiem nie wychodziło absolutnie nic. To był zdecydowanie najgorszy mecz żółto-czerwonych w tym sezonie Orlen Basket Ligi Kobiet. Cel na niedzielne spotkanie z Polonią może być zatem tylko jeden.

– Dla nikogo z nas mecz w Sosnowcu nie był przyjemnością, choćby przez sekundę. Jest w nas bardzo duża motywacja, żeby się zrehabilitować i podnieść morale zespołu. Play-offy coraz bliżej i to jest ostatni moment na to, żeby poczuć się lepiej, a w tym celu trzeba cieszyć się zwycięstwami – mówi Dominika Fiszer.

Ślęza była już dokładnie w tym samym miejscu dwa miesiące temu. W grudniu, również w środę, doszło do bolesnej porażki z Zagłębiem Sosnowiec, a w niedzielę wrocławianki powetowały sobie to niepowodzenie wygrywając z Polonią aż 103:57. 31 punktów zdobyła wtedy G’mrice Davis, dwucyfrowe dorobki zapisały na swoim koncie także Digna Strautmane, Aleksandra Zięmborska i Ketija Vihmane. Powtórka z rozrywki byłaby mile widziana.

– Pierwszy mecz z Polonią był dla nas udany i życzę nam, żeby ten drugi był równie dobry – przyznaje z przymrużeniem oka Fiszer. – Ale jeśli nie, to przede wszystkim liczę na to, aby poprawić te elementy, które mamy do poprawy i na których trzeba się skupić – podkreśla rozgrywająca Ślęzy.

Co to za rzeczy? Wrocławianki miały w czwartkowy wieczór długą analizę wszystkich błędów popełnionych w Sosnowcu, a Fiszer wskazała jeden z tych aspektów.

– Przede wszystkim komunikacja, bo od tego się wszystko zaczyna. Gdy tego brakuje, to potem całość szwankuje. Obrona jest spóźniona, rotacje są spóźnione i potem wygląda to tak, jak w Sosnowcu. Ja właśnie na to będę przede wszystkim zwracać uwagę, musimy lepiej się komunikować. To pozwala nam grać naszą koszykówkę, więc komunikacja będzie kluczem. Nie tylko ta w obronie, ale też ta w momentach, kiedy nie idzie, żebyśmy cały czas były razem i szukały wspólnie rozwiązań, a to pomoże nam ustrzec się wielu błędów – tłumaczy zawodniczka 1KS-u.

W niedzielę w KGHM Ślęza Arenie może być trudno o taki sam rezultat jak w Warszawie. Polonia od tego czasu wygrała siedem spotkań i jest w samym środku rywalizacji o miejsca 6-8. Koszykarki ze stolicy podczas tej dobrej serii pokonały chociażby MB Zagłębie, a w środę wygrały z Eneą AZS-em Politechniką Poznań. Trenerka Jelena Skerović odmieniła dyspozycję „Czarnych Koszul” i na pewno będzie liczyć na kolejny korzystny rezultat.

– Polonia sprawiła dużą niespodziankę z Poznaniem, prawie tak dużą jak my w Sosnowcu, tylko oczywiście one pozytywną, a my negatywną. Na pewno przyjadą zmotywowane, bo wciąż są w walce o play-offy. Dla Polonii każde spotkanie do końca sezonu jest niezwykle ważne właśnie w kontekście play-offów. Może one mają inne cele od nas, ale zapowiada się walka i w niedzielę żadna ze stron nie sprzeda tanio swojej skóry – twierdzi Dominika Fiszer.

Zespół z Warszawy opiera swoją grę na koszykarkach zagranicznych. Liderką Polonii jest Travaria Watson – wszechstronna Amerykanka zdobywa blisko 17 punktów na mecz, dokładając do tego 4.3 zbiórki i 4.3 asysty. Na obwodzie wielkim zagrożeniem jest Czeszka Tereza Vitulova (43 proc. skuteczności z dystansu), a pod koszem dobrze odnalazła się Erika Davenport, która dołączyła do klubu w grudniu. W polskiej rotacji najlepiej prezentuje się doskonale znana wrocławskiej publiczności Klaudia Sosnowska, ale i Marta Masłowska czy Weronika Wesołowska mogą zagrozić defensywie 1KS-u.

Ślęza absolutnie nie może zlekceważyć Polonii, ale zespół Arkadiusza Rusina musi podejść do tego meczu z zamiarem podyktowania swoich warunków gry i kontrolowania wydarzeń na parkiecie. Jeśli wrocławianki wyciągną wnioski ze środowego blamażu, powinny postawić kolejny duży krok w drodze do trzeciego miejsca po sezonie zasadniczym. Waleczna Polonia zrobi jednak wszystko, żeby wyjechać z Dolnego Śląska z dziewiątą wygraną w sezonie. To zapowiada wielkie emocje w KGHM Ślęza Arenie.

Początek meczu Ślęza Wrocław – SKK Polonia Warszawa w niedzielę o godzinie 18:00 w KGHM Ślęza Arenie. Bilety w cenie 30 i 15 zł można kupić za pośrednictwem platform Empik Bilety oraz Going., a także w dniu meczu w kasie hali. Dzieci do 6 roku życia wchodzą na trybuny za darmo, wystarczy pobrać bilet w kasie hali. Transmisję z meczu będzie można zobaczyć na platformie emocje.tv w systemie PPV. Miesięczny abonament kosztuje 34 zł, dzienny pakiet 15 zł.

Druzgocąca porażka Ślęzy w Sosnowcu

Ślęza Wrocław wysoko przegrała w meczu 19. kolejki z MB Zagłębiem Sosnowiec. Żółto-czerwone odstawały od rywalek w każdym aspekcie koszykarskiego rzemiosła.

Już od samego początku meczu koszykarki Ślęzy miały ogromne problemy w ofensywie. Pierwsze osiem punktów zdobyły z linii rzutów osobistych. Dopiero po sześciu minutach spotkania przeprowadziły skuteczną akcję z gry, gdy po podaniu Dominiki Fiszer spod kosza trafiła G’mrice Davis. Jak się potem okazało, był to jedyny celny rzut 1KS-u w tej odsłonie. Takich zmartwień nie miał zespół z Sosnowca, który regularnie radził sobie z defensywą wrocławianek, systematycznie powiększając prowadzenie.

W drugiej kwarcie sytuacja uległa nieznacznej zmianie. Ślęza nieco lepiej zaczęła radzić sobie po obu stronach parkietu, ale wciąż nie było to wystarczające do nawiązania walki z gospodyniami. Seria 8:2 w wykonaniu Zagłębia na początku tej części meczu sprawiła, że koszykarki z Sosnowca prowadziły 34:14, a dwie minuty później było już 40:16. W tym momencie spotkania wrocławianki trafiły tylko trzy rzuty z gry, co przed meczem bardzo trudno było sobie wyobrazić nawet w najczarniejszym scenariuszu.

Energię do gry 1KS-u wniosła Julia Jeziorna, zdobywając sześć punktów z rzędu. Serię Ślęzy kontynuowały jeszcze Digna Strautmane i Aleksandra Zięmborska, przez co prowadzenie gospodyń stopniało do 13 oczek. Ale zanim obie drużyny zeszły na przerwę, Sydney Taylor i Catherine Reese zdobyły pięć punktów, ustalając wynik po 20 minutach na 45:27.

Wrocławianki potrzebowały znakomitego wejścia w drugą połowę, żeby spróbować nawiązać walkę i odwrócić losy spotkania. Seria 7:2 to był dobry start, ale ten zryw szybko został zneutralizowany przez drużynę Zagłębia. Kolejne chwile to prawdziwa wymiana ciosów pomiędzy obiema drużynami. W ciągu minuty wpadły cztery trójki – dwie dla gospodyń i dwie dla gości, a rozpędzone Zagłębie oznaczało niekorzystny obrót spraw dla Ślęzy. Żółto-czerwone po grudniowej porażce w KGHM Ślęza Arenie doskonale wiedziały, że taka gra z sosnowiczankami nie ma racji bytu, ale nie miały żadnych argumentów w defensywie, żeby odrabiać straty. W efekcie pomimo znacznie lepszej gry w ataku, kompletny brak organizacji w defensywie oznaczał, że podopieczne Arkadiusza Rusina odrobiły tylko dwa punkty.

W decydującej kwarcie Ślęza grała już bez wiary i zaangażowania. Po drugiej stronie parkietu trwał koncert Zagłębia. Podopiecznym Piotra Gliniaka wychodziło niemalże wszystko, a każda zawodniczka, która pojawiła się w akcji, dawała coś od siebie. Dzięki temu sosnowiczanki odniosły okazałe, 34 punktowe zwycięstwo.

Jedynym pocieszeniem dla zespołu z Wrocławia był fakt, że w późniejszym meczu SKK Polonia Warszawa pokonała Eneę AZS Politechnikę Poznań. Dzięki temu porażka żółto-czerwonych nie miała znaczących konsekwencji w tabeli Orlen Basket Ligi Kobiet. Ślęza wciąż ma mecz przewagi nad zespołem z Poznania, a za sprawą lepszego bilansu bezpośrednich meczów wciąż pozostaje w dogodnej pozycji do zajęcia trzeciego miejsca po sezonie zasadniczym. Jednak z taką grą o utrzymanie tej lokaty wcale nie będzie łatwo. Okazja do zaprezentowania się z diametralnie innej strony już w niedzielę o godzinie 18:00, gdy w KGHM Ślęza Arenie wrocławianki podejmą wspomnianą Polonię.

MB Zagłębie Sosnowiec – Ślęza Wrocław 97:63 (26:12, 19:15, 26:28, 26:8).
MB Zagłębie: Reese 31 (19 zb), Tadić 14, Pyka 14, Burliga 12, Taylor 12, Wembanyama 9, Jackowska 5, Kuczyńska, Kurach, Micek 0.
Ślęza: Davis 13, Zięmborska 13, Strautmane 11, Kulińska 8, Jeziorna 8, Fiszer 4, Mielnicka 4, Vihmane 2, Kraker 0. Gajda DNP.

Ślęza spróbuje zatrzymać ofensywę Zagłębia

W środę, 11 lutego o godzinie 18:00 koszykarki Ślęzy Wrocław zagrają wyjazdowe spotkanie 19. kolejki Orlen Basket Ligi Kobiet z MB Zagłębiem Sosnowiec. Żółto-czerwone będą chciały zrewanżować się rywalkom za przegraną w pierwszej rundzie rozgrywek.

Grudniowe spotkanie obu drużyn było prawdziwą wymianą ciosów, w której zespół z Sosnowca zwyciężył 88:86. Ślęzie nie pomógł nawet znakomity występ G’mrice Davis – amerykańska podkoszowa do 34 punktów dołożyła 18 zbiórek i 3 przechwyty. Po stronie Zagłębia przodowały Sydney Taylor (19 punktów) i Maria Burliga (18 oczek), a Matea Tadić rozdała 10 asyst. Wrocławianki na pewno będą chciały zagrać zdecydowanie lepiej w defensywie i zapobiec stracie tak wielu punktów, ale w starciu z najlepszą ofensywą Orlen Basket Ligi Kobiet będzie o to niezwykle trudno.  Drużyna prowadzona przez Piotra Gliniaka pięciokrotnie w tym sezonie przekroczyła barierę 100 zdobytych oczek, kolejne trzy razy skończyły mecz z co najmniej 90 punktami. Przed Ślęzą zatem bardzo wymagająca misja, ale jak mówi Zuzanna Kulińska, koszykarki 1KS-u czekają na takie wyzwania.

– Wiemy, że Sosnowiec jest na pierwszym miejscu pod kątem zdobytych punktów. Kładziemy w trakcie przygotowań spory nacisk na to, aby zatrzymać rywalki poniżej ich średniej na mecz. Głównie spróbujemy ograniczyć ich szybki atak. Przegrana w pierwszym meczu jest gdzieś tam z tyłu głowy, ale my patrzymy przede wszystkim na to, co przed nami – mówi obwodowa żółto-czerwonych.

Koszykarki Ślęzy po pokonaniu Enei AZS-u Politechniki Poznań umocniły się na trzecim miejscu w ligowej tabeli, ale ta pozycja w żadnym stopniu nie jest pewna. Na cztery kolejki przed końcem sezonu wrocławianki mają jedno zwycięstwo przewagi nad poznaniankami, ponadto wygrały oba bezpośrednie starcia. W związku z tym zespół z Wielkopolski musi wygrać jeden mecz więcej od Ślęzy i na pewno będzie liczył na to, że Zagłębie wyświadczy im przysługę pokonując Ślęzę. Koszykarki z Sosnowca też teoretycznie są w walce o ligowe podium, lecz mimo korzystnego terminarza, może być za późno na odrobienie strat. Na pewno jednak wygrana w środę pomoże podopiecznym Piotra Gliniaka w tym pościgu.

Gwiazdą Zagłębia i całej ligi jest Sydney Taylor. Amerykanka zdobywa blisko 24 punkty na mecz, a na koncie ma pięć meczów z co najmniej 30 oczkami. W grudniu przeciwko Ślęzie rzuciła ich „tylko” 19, a przed własną publicznością będzie chciała poprawić ten wynik. Taylor ma wsparcie głównie w osobie swojej rodaczki, Catherine Reese. Podkoszowa Zagłębia do 19.4 punktu dokłada 10.1 zbiórki, a jej rywalizacja z G’mrice Davis będzie bez wątpienia kluczowa dla losów środowego spotkania. Za organizację gry sosnowiczanek odpowiedzialna jest Matea Tadić. Chorwatka powróciła po miesięcznej kontuzji i od razu rozdała 6 asyst przeciwko Wichosiowi Jelenia Góra oraz 12 przeciwko Wiśle Kraków. Zagraniczny tercet Zagłębia od trzech meczów zamienił się w kwartet, bo w mocno medialnym ruchu do drużyny z Sosnowca dołączyła Eve Wembanyama. Siostra koszykarza San Antonio Spurs notuje przyzwoity start w naszej lidze, notując 8.7 punktu i 5.7 zbiórki, spędzając na parkiecie średnio 20,5 minuty.

Główną rolę w krajowym składzie MB Zagłębia odgrywa Maria Burliga. 18-letnia koszykarka rozgrywa znakomity sezon, zdobywając średnio 10.7 punktu, 6.9 zbiórki, 1.6 przechwytu i 1.9 bloku. Ten ogromny talent polskiego basketu z meczu na mecz czuje się na parkiecie coraz pewniej i bierze na siebie coraz większą odpowiedzialność, nie tylko w defensywie. W ostatnich sześciu spotkaniach za każdym razem kończyła mecze z dwucyfrowym dorobkiem punktowym. Polska rotacja to także dobre znajome wrocławskiego klubu – Natalia Kurach i Martyna Pyka oraz Ewelina Jackowska i Aleksandra Kuczyńska. Każda z nich jest w stanie mieć swój dzień i zostać bohaterką danego meczu. Trener Gliniak ma zatem do dyspozycji bardzo szeroką kadrę i może stosować wiele różnych rozwiązań w ofensywie.

Żółto-czerwone przekonały się w grudniu, że wymiana ciosów z Zagłębiem nie ma racji bytu. Ślęza musi przez 40 minut ciężko pracować w obronie, aby spróbować zatrzymać koszykarki z Sosnowca. Jest to trudne, ale nie niewykonalne zadanie. Jaki będzie efekt starań wrocławianek? O tym przekonamy się w środowy wieczór. Początek meczu MB Zagłębie Sosnowiec – Ślęza Wrocław 11 lutego o godzinie 18:00. Transmisję z meczu będzie można zobaczyć na platformie emocje.tv w systemie PPV. Miesięczny abonament kosztuje 34 zł, dzienny pakiet 15 zł.

Weronika Gajda: „Koszykówka cały czas sprawia mi dużą radość”

Rozgrywająca Ślęzy Wrocław, Weronika Gajda, w długiej rozmowie opowiada między innymi o procesie powrotu do zdrowia, tęsknocie za koszykówką i motywacji do dalszego grania.

Pierwsze pytanie, bardzo ogólne: jak się obecnie ma Weronika Gajda?

Wiesz jak to bywa, są wzloty i upadki. Jest jakby dobrze, choć myślałam, że będzie trochę lepiej, ale to chyba przez pryzmat zmęczenia i zmęczonej nogi.

Ale abstrahując od zmęczenia, ogólnie raczej wszystko zgodnie z planem, tak?

Tak, wszystko idzie zgodnie z planem, nawet trochę szybciej niż niedawno zakładaliśmy. Ale wczoraj mi Bartezik (Bartosz Pasternak, trener przygotowania motorycznego – red.) pokazał jedną rzecz, którą muszę jakby przeskoczyć mentalnie i nerwowo. Mój organizm się jakby w tej sytuacji blokuje. Niby nic takiego – skok na jedną nogę. Cała filozofia: skoczyć i upaść na ugiętą jedną nogę. Gdzieś tam pracujemy nad tym, ale to wciąż rzecz do zrobienia.

Czyli pomimo tego, że to już jednak parę różnych urazów przeszłaś, to cały czas ten organizm reaguje inaczej i ta bariera pozostaje.

No właśnie zaskoczył mnie, że reaguje zupełnie inaczej, bo to jest mój trzeci zabieg na kolano. Wcześniej miałam jakieś kosmetyczne, delikatne rzeczy. Fakt faktem, nie miałam nigdy pięciu czy sześciu tygodni bez obciążania nogi. I to chyba robi wielką, ogromną różnicę. Bo tak jak wcześniej wychodziłam po zabiegu łękotki, to od razu się chodziło bez kul i wiadomo, mięśnie pracowały, funkcjonowało gdzieś to normalnie. Potem była kwestia odbudowy mięśnia, a tu przez to, że byłam wyłączona przez te sześć tygodni, to mój organizm, moje nerwy przestały z mózgiem funkcjonować i z nogą, żeby zginać kolano, jak skaczę. No i to jest jakiś malutki problem, ale do wyćwiczenia, więc ćwiczymy! [śmiech]

Można w takim razie powiedzieć, że to wszystko jest bardziej w sferze przygotowania motorycznego. Koszykówka wciąż zostaje na nieco dalszym planie.

To jest tak, że mięśniowo, jeżeli chodzi o siłę mięśnia i wszystkiego co z tym związane jestem gotowa. Tylko sam mechanizm skoku jest problematyczny. Chodzi o to, żeby zawiasy w kolanie działały dobrze. Na lewą nogę skoczę i jest pięknie, piękny telemark jak Adam Małysz, a na prawą jest trochę za mało zgięcia, więc tylko to. Ale to jak Bartez powiedział, wszystko się musi zmienić mentalnie. Mój układ nerwowy musi zafunkcjonować, bo te połączenia były wyłączone dłuższy czas, bo nie było można tego robić. Jeszcze do tej pory nawet nie robię pełnego zgięcia, bo tylko robię do dziewięćdziesięciu stopni w obciążeniu pełnym już wszystko. Ale to też nie jest jakby dla układu nerwowego normalne, bo inaczej się pobudza, jak funkcjonuje w całym zakresie. Dlatego to przyspieszamy i z dnia na dzień jest coraz lepiej. W poniedziałek nie mogłam wcale skoczyć, dzisiaj już nawet wpół ugięte są te nogi, więc lepiej. [śmiech]

To przychodzi po prostu z czasem i z powtórzeniami, prawda?

Tak, tak, tak. Tylko że to jest tak dziwnie, że na początku właśnie w poniedziałek stanęłam nad materacem i Bartez mówi: „Wskocz na to”. A ja stoję na tej nodze i myślę „Ale jak?”. Na lewą skaczę normalnie. Mówi: „No tak samo jak lewą”. I ja chcę to zrobić, a moja głowa tak jakby nie wiem, się jakoś blokowała i nie pozwalała mi skoczyć. Musiałam się do tego mocno zmusić, przełamać to w sobie. Zajęło mi to chyba z trzy minuty, zanim wskoczyłam na ten materac, ale z każdym następnym skokiem było już lepiej. Śmiałam się wczoraj z trenerem Arkiem, bo gdy przy nim Bartez kazał mi skoczyć, to wskoczyłam od razu. Ja mówię: „No nie, no, trener Arek patrzy, to od razu idzie robota”. [śmiech]

To jest taki ostatni ważny punkt do, nomen omen, przeskoczenia? Bez tego nie ma szans, żeby iść dalej?

Nie ma, ale plan jest taki, żeby w tym tygodniu zostawić to za sobą i w poniedziałek wejść już głównie w koszykówkę.

Były inne momenty, w których pojawiała się chwila zwątpienia albo coś takiego, że sfrustrowałaś się, że poszło nie tak, że to wszystko idzie może za wolno?

Jak się w ogóle dowiedziałam, to byłam strasznie wkurzona, że stało się to jeszcze na samym początku przygotowań, w ogóle zanim zaczęłam z dziewczynami dobrze trenować. Bo ile zrobiłam – trzy treningi? Byłam wkurzona na to, że w ogóle się to przytrafiło, że nie wpadłam na to, że coś może się dziać. Wiadomo, że to też nie jest coś normalnego wpaść na taką rzecz po sezonie, zrobić rezonans i sprawdzić, czy z tymi nogami nic się nie dzieje. Wtedy nic mnie nie bolało, nie było żadnych sygnałów. Przy wcześniejszych dwóch urazach kolana, które miałam, to w trakcie końcówki sezonu coś tam dokuczało i wysyłano mnie na rezonans. Okazywało się wtedy, że coś jest do zrobienia. No i przez wakacje można było to zrobić i wrócić do siebie. Obstawiam nawet, że większość osób w Polsce nawet nie wie, że przed tym urazem miałam już dwa razy kolano operowane.

Więc wtedy było idealnie, a teraz nie mogłam przeżyć, że tym razem też tak się nie stało, że nie zaświeciła mi się lampka w głowie. Że nie pomyślałam „Ty, no, coś tam trzeba by sprawdzić”. . To był pierwszy kryzys. Potem, jeszcze przed zabiegiem, gdy przychodziłam na treningi i widziałam, jak dziewczyny trenują, to aż płakać mi się chciało. Nie mogłam usiedzieć w hali, więc pojechałam do domu! Nasz fizjoterapeuta Andrzej powiedział: „Dobra, jedź do tego domu lepiej”. [śmiech]

A teraz już po zabiegu, po tym wszystkim, cały czas są wzloty i upadki. Są takie dni, gdzie w ogóle mam taką nogę świeżą, że mogę zrobić wszystko, podźwigać dobrze, pobiegać i na luzie porobić to, co powinnam. Z drugiej strony jest taki dzień jak dzisiaj, gdzie już miałam mieć dłuższy trening, ale noga jest tak już zmęczona, że wszystko mnie boli. Dostałam nowe impulsy, zmieniły się nieco mechanizmy i pojawił się ból. W sensie to jest taki ból przyjemny, bo wiem, że żyję. Wiem, że mięśnie pracują i to jest dobre. Ale frustruje i denerwuje mnie to, że jeszcze nie mogę więcej.

A Ty przecież masz w sobie ten gen, że jeszcze więcej, jeszcze więcej. Cały czas coś i widać po Tobie, że okropnie Cię nosi.

Dokładnie! Jak dwa tygodnie temu przebrałam się w strój w Krakowie, to już mnie zaczęło nosić, bo już miałam wielką ochotę do gry i mówiłam do dziewczyn: „No ja za tydzień gram, nie?” [śmiech] No ale jeszcze nie. Jeszcze trochę.

Jak ciężko jest właśnie mieć w sobie ten hamulec?. Z jednej strony głowa chce, emocje są, ale ten hamulec trzeba mieć, bo wszystko się musi jednak zaleczyć, żeby było w pełni gotowe.

Dokładnie. Teraz to jestem tak pośrodku… głowa i serce bardzo chce. I dopóki mi Bartez czasami nie udowodni, że jednak nie do końca mogę, to bym się z nim kłóciła! Ale on zawsze mi gdzieś jeszcze wytknie: „No, jeszcze trzeba by nad tym czy tamtym popracować „. No ale to chyba jest dobre, mieć takiego stopera, który właśnie mi pokaże, że nie za szybko, bo jak za szybko, to jeszcze się może coś wydarzyć. To by było bez sensu, pospieszyć się, a potem mieć z głowy znowu dłuższy okres. Więc spokojnie, celujemy w pełną gotowość na play-offy i to jest najważniejsze. Już jeden mecz w tą czy w tą nie zrobi mi różnicy. A dla mnie kluczowe jest, żeby być z dziewczynami na play-offach.

No właśnie, wyjaśnijmy sytuację. Jesteś w składzie meczowym, więc formalnie jesteś gotowa do gry, ale praktycznie musiałby się naprawdę kataklizm wydarzyć, żebyś Ty chociaż stanęła w meczu na parkiecie?

Śmiałyśmy się z Olcią Mielnicką podczas meczu z Poznaniem, gdzie tam było kilkadziesiąt sekund do końca i już wszystkie dziewczyny weszły, nawet Iga Jasik i Ola się śmiała do trenera: „Trenerze, jeszcze Wera, jeszcze Wera”. On tak na mnie spojrzał, się uśmiechnął i tak pokiwał głową. Nie, jeszcze nie, [śmiech] Ale się śmiałyśmy, że może te pięć sekund chociaż? [śmiech]

To już by był taki znak, sygnał dla głowy.

No wiadomo, dla mnie to byłaby taka frajda, że ło! Że fajnie, że byłam w meczu i że chociaż na chwilkę na tym parkiecie w akcji. W tym samym meczu z Poznaniem, o którym mówiłam przed chwilką w pierwszej czy w drugiej kwarcie wpadła piłka na naszą ławkę. Ja tą piłkę złapałam i mówię: „Jezus, mam tą piłkę meczową!” [śmiech] I po prostu się z tego cieszyłam. Zwykłe dotknięcie piłki meczowej to już było coś dla mnie fajnego, co mi sprawiło radość.

Wspomniałaś o urazach w off-seasonie, więc teraz ten obecny to pierwszy taki poważny w trakcie rozgrywek. Jak bardzo ci tej koszykówki brakuje?

Bardzo mi brakuje i tego nie da się opisać. Masz coś, co bardzo lubisz robić i nagle tego nie możesz zrobić, dotknąć nawet, tylko możesz o tym tylko pomyśleć. A jak nawet o tym myślisz, to się wkurzasz na to, że nie możesz tego zrobić. Zawsze myślałam, że odnajdę się poza koszykówką, że gdy przyjdzie ten moment na koniec grania, to jakoś się z tym pogodzę. Ale przeżywając tę kontuzję, to absolutnie nie jestem pewna, czy dam radę. Nie wiem, co zrobię, gdy przyjdzie faktycznie ten moment, że już powinnam na przykład skończyć. Bo już będę już w takim wieku, że mój organizm faktycznie już mi nie pozwoli albo już będzie wypadało skończyć, no bo wiadomo też, że nie będę grała do pięćdziesiątki. [śmiech]

A czemu nie? [śmiech]

[śmiech] Nie no teraz to się śmieję, ale wiadomo, że przyjdzie ten wiek, w którym różnica będzie za duża. Już teraz mam taką małą różnicę między mną a dziewczynami w drużynie, więc gdzieś tam myślę, że prędzej czy później to nastąpi. Wiesz, parę lat i to już będzie duża przepaść między nami. Teraz, na dziś, to ja dopóki nie dostanę piłki do ręki, dopóki nie mogę być nawet w pełni w rozgrzewce to cały czas brakuje. Wszyscy moi znajomi, nawet z czystej ciekawości piszą do mnie i rozmawiają ze mną. Bo wiadomo, oni oglądają mecze, i oni się tak bardzo nie mogli doczekać, żeby mnie zobaczyć w akcji, jak ja będę biegać na tym parkiecie, po prostu na tej rozgrzewce. Wszyscy pisali: „Jezu, jaka ty znowu uśmiechnięta, jaka ty jesteś szczęśliwa. O Boże, dawno takiego uśmiechu nie było”, więc to mnie cały cieszy.

Mówisz o tym uśmiechu. Trudno było zachować pozytywne nastawienie przez to wszystko, gdzie siedzisz cały czas z boku i nie masz aż takiego wpływu na grę?

Ja się bardzo mocno czuję częścią zespołu. Czuję się częścią tego, że jak wygrywamy czy przegrywamy, to jestem z dziewczynami. Okej, nie uczestniczyłam z nimi regularnie w treningach, ale one wiedzą, że mogę im coś podpowiedzieć, że mogę porozmawiać z trenerem. Staram się je wspierać, czasami zauważę coś do zmiany, żeby im było trochę łatwiej. I one to naprawdę doceniają i dają mi do zrozumienia, że chcą mnie w zespole. Jestem z nimi i pomagam im jak mogę, a dzięki temu czuję się jak dziewczyna z drużyny, która przykłada tę małą, symboliczną cegiełkę do każdego zwycięstwa, do każdego sukcesu.

Czyli oglądałaś wszystkie mecze, byłaś cały czas w kontakcie z zespołem, przekazywałaś wskazówki.

Czasami pisałam do niektórych dziewczyn. Przekazywałam na początku sezonu dużo wskazówek Katce [Ketiji Vihmane – red.], żeby łatwiej było się jej odnaleźć w klubie, w systemie trenera i tego, jak funkcjonujemy. I widać było, że wykorzystuje te podpowiedzi, że jej to pomaga. Wiadomo, że dużo mówiłam też Oli Mielnickiej, ale to inna sytuacja, bo mieszkamy razem więc to oczywiste, że funkcjonujemy nieco inaczej. I oczywiście jestem dostępna dla każdego podczas meczów domowych, tam naturalnie często się udzielam.

Jak twoim zdaniem Ślęza wygląda jako drużyna? Jesteś na treningach, jesteś na meczach, ale nie grając masz nieco inną perspektywę i spojrzenie na sprawy.

Na pewno jesteśmy wciąż nierównym zespołem. Wciąż widać sinusoidę w naszej grze. Potrafimy zagrać na przykład rewelacyjne, bajkowe mecze w pucharze z Lublinem, czy z Gorzowem. Puchar pucharem, bo dziewczyny w ogóle tam zagrały trzy rewelacyjne spotkania. Oglądałam to, co się tam i mówię: „Kurczę!… To jest mój zespół! Gdzie one do tej pory to wszystko chowały?”. To była naprawdę rewelacja. A później przyszedł ten pierwszy mecz po pucharze i znowu zabrakło nam skuteczności.

Myślę, że to nasza największa bolączka. Skuteczność rzeczywiście nie jest najwyższa i z tym przez cały sezon się borykamy. Obronę mamy super i potrafimy się w niej odnaleźć, zorganizować i utrudnić przeciwnikowi życie. W ataku jest momentami nieco większy chaos. Ale i to zaczyna się zmieniać, potrafimy pobiec raz czy dwa do kontry. Na początku to tak nie funkcjonowało, a teraz zaczyna się pojawiać. W trakcie meczu są te dwa fajne passy na kontrę puszczone. Niekoniecznie zawsze w wykonaniu rozgrywającej, ale chociażby Diggy też potrafi dać pass, więc to fajnie funkcjonuje. Jak jeszcze przełamiemy się rzutowo, to będzie świetnie. Ale widzę, że to się też zaczyna. Niektórzy wchodzą w sezon w świetnej formie, a później przychodzi co do czego i się spalają. A ja mam nadzieję, że u nas w tym roku będzie tak, że idziemy pomalutku, wspinamy się i wspinamy i że jak przyjdą play-offy, to pokażemy zespół, który był w Sosnowcu na Pucharze, bo taki zespół bym chciała cały czas oglądać. I wiem, że naprawdę mamy na to warunki, żeby grać. Zresztą dziewczyny to doskonale udowodniły.

Wspomniałaś o kontrach. Uczuliłaś dziewczyny, że muszą coraz więcej biegać? No bo zaraz wrócisz, a to automatycznie oznacza trochę biegania.

Zdarzyło się już parę razy, że gdzieś tam Zięmba [Aleksandra Zięmborska] czy Zuzia [Kulińska] do mnie przyszły i mówią: „Jezu, Mama, wracaj już, bo my chcemy pobiegać, tak za tobą tęsknimy”. To samo kiedyś Mehryn – któregoś razu przyszła i mówi: „Wiesz, bo dziewczyny mi mówiły, że jak już wejdziesz, to ja już muszę mieć ręce cały czas przy twarzy, bo ty nawet nie wiesz, kiedy podasz, a ta piłka może nagle do mnie trafić, nawet jak nie będę się spodziewać”. To musiałam jej odpowiedzieć zgodnie z prawdą, że tak może być, więc musi być przygotowana, bo czasami nie wiem, że chcę podać, a podam. To bardzo fajne, że dziewczyny chyba już myślą o tym tak samo i nie mogą się doczekać tak jak ja. [śmiech]

Wrócę jeszcze na chwilę do tego braku skuteczności, bo to jest coś, na co ludzie często zwracają uwagę. Skąd to się twoim zdaniem bierze i czego to jest przyczyna?

Powiem Ci, że bardzo trudno jest to jednoznacznie określić. Naprawdę nie wiem. Może… Czasami mam podejrzenie, że gdzieś dziewczyny mają chyba więcej stresu, jak grają pod presją, jak coś muszą udowodnić. No bo na Pucharze, nie oszukujmy się, no nikt nie oczekiwał, nikt się nie spodziewał takiego rezultatu. Tam nie byłyśmy faworytem, tam po prostu coś zaskoczyło. I to wydarzyło się na takim luzie, że one się wyciszyły i po prostu zagrały. Bawiły się tą koszykówką i poszło im znakomicie. A w lidze jak są takie ważniejsze mecze to bywa różnie. Chociaż z Poznaniem bardzo fajnie sprostały wyzwaniu, dźwignęły temat i dało to zwycięstwo. Ale tu też sytuacja była nieco inna, bo nie było z nami G’mrice Davis.

Każdy musiał wziąć na siebie więcej.

Dokładnie, trzeba było wziąć na siebie więcej, unieść tę odpowiedzialność, więc może też to nam pomogło. No ale nie wiem, może faktycznie ta presja, może gdzieś sobie dziewczyny ją narzucają z góry, bardzo chcą coś udowodnić. Na przykład, tak jak po Pucharze. Od razu był mecz z Lublinem, gdzie wszyscy oczekiwali: „A dobra, wygrałyśmy z nimi na Pucharze, to na pewno tu z nimi wygramy”. I może gdzieś tam dochodziły do nich jakieś sygnały, że każdy oczekuje, że będzie popis i zwycięstwo.

A odchodząc troszeczkę od koszykówki, jaki to jest zespół poza parkietem? Jak, oceniasz atmosferę i jak to wszystko wygląda gdzieś tam z dala od basketu?

Dogadujemy się, spotykamy się, [śmiech] potrafimy się pobawić wspólnie. Ostatnio miałyśmy dzień sushi, więc było fajnie. Gdzieś tam dziewczyny przyszły, pokupowały, porobiły, kręciły te rolki wszystkie, więc było fajnie, miło. Jesteśmy zżyte, ale też bym nie powiedziała, że to jest tak, że zawsze i wszędzie jesteśmy wszystkie razem. Są tradycyjnie jakieś grupki w tym roku, jesteśmy podzielone na trzy, cztery takie elementy, ale jak przychodzi co do czego, to chętnie się spotykamy, spędzamy razem czas. Budowanie zgrania, chemii i zrozumienia to jest proces. Ale na pewno z każdym dniem docieramy się coraz bardziej.

Wrócę jeszcze na chwilę do Ciebie i Twojej drogi do powrotu. Co Cię jeszcze motywuje, co cię jeszcze napędza? Wiadomo, że ten rehabilitacja to swoją drogą, no ale to na pewno nie jest wszystko. Gdzie jest jeszcze źródło pasji i motywacji?

Wcześniej grałam dziewięć lat w innym zespole i tam przyszła już taka rutyna, że się przychodziło po prostu i robiło swoje. Myślę, że jak większość ludzi ma tak w swojej pracy, że musi przyjść, musi porobić i tak dalej, że wszyscy tam wiedzą, na co cię stać i nie trzeba się, powiedzmy, mocniej wysilać niż zazwyczaj. Ale jak się zmienia otoczenie, to się dodaje, dostaje takiego wiatru w skrzydła, że za każdym razem chce się udowodnić i podziękować za to, że ktoś cię chce. Ślęza mnie tutaj przygarnęła do siebie, to chcę się cały czas odwdzięczyć za zaufanie i napędzam siebie, że pokazać się z najlepszej strony. Koszykówka cały czas sprawia mi dużą radość, cieszę się że mogę mieć w rękach piłkę. Nakręca mnie reakcja kibiców po udanych akcjach, cieszę się ich wsparciem niezależnie od wyniku. Mam non stop dopływ adrenaliny i to myślę, że to samo w sobie jest motywujące. Więc dla mnie chyba po prostu sama ta zmiana, że do was tutaj doszłam w tamtym roku, że mogłam się pokazać i myślę, że fajnie mi to wyszło. No i oczywiście wiatru w żagle mi dodaje też fakt, że w tym roku znowu jestem do tyłu, bo wyszło jak wyszło. I przez to ponownie mam ten taki motorek na nowo napędzony, że trzeba to odpracować, więc nie mogę się doczekać powrotu.

Myślę, że nie tylko Ty i zespół nie możecie się doczekać. Czekają też na ciebie kibice Ślęzy. Bo i w komentarzach na Facebooku i podczas rozmów w halach podchodzą, dopytują. Jak ta relacja z kibicami wygląda?

Mamy tutaj ekstra kibiców, którzy naprawdę dbają o zawodniczki. Wspierają nas, nawet nawet jak nam się podwinie noga, to oni nigdy nie oceniają gdzieś tam publicznie w mediach społecznościowych czy gdzieś indziej. U nas to działa wręcz w drugą stronę, mówią „Nie poddawajcie się, każdemu się może zdarzyć”.  A jeśli chodzi o mnie, to cały czas dopytują się, kiedy będę, bo się doczekać nie mogą. Mówią: „O, oszukałaś nas trochę, bo mówiłaś, że w styczniu”! No bo gdzieś tam trochę im tak mówiłam, że może w styczniu wejdę, bo tak myślałam, że się uda. Więc sama siebie też zaskoczyłam, że nie do końca wyszło. Bardzo, bardzo miło mi jest, gdy kibice przychodzą na meczach. Tak jak w Krakowie, gdy weszli na trybunę i zobaczyli mnie w stroju, to od razu mówili: „Jezu, Wera, w końcu jesteś w tym stroju. Ekstra!” Ja mówię: „Nie, no, cieszę się”, ale po cichu tak mówię do Andrzeja: „Andrzej, tylko im powiedz, że ja nie będę grała, żeby nie było, że będą czekać”. [śmiech] Naprawdę mamy ogólnie jako zespół bardzo dobre relacje z naszymi kibicami. Widać doskonale, że oni zawsze przychodzą, przybiją piątki, robimy z nimi zdjęcia. I myślę, że wiele drużyn może nam pozazdrościć takich kibiców.

A propos „czekamy” i tego powrotu w styczniu. Czy teraz jest wyznaczona konkretna data powrotu? Czy może nie ma, żeby, absolutnie żartując, kibice cały czas przychodzili bo to może być ten mecz”

Gdzieś tam z Bartezem, Andrzejem i trenerem Arkiem celujemy w gotowość na pierwszego marca. W ten ostatni mecz sezonu zasadniczego. To już ma być to, wtedy chciałabym być już na 110 procent gotowa. Ale wiadomo, że mnie ciągnie do szybszego powrotu. I gdzieś tam daje mi Bartez nadzieję, że jakby wszystko poszło zgodnie z planem i w kierunku gotowości, to może pogada z trenerem, żeby to się stało wcześniej.

Tak, żeby jeszcze chwilkę złapać tego meczowego rytmu przed play-offami i poczuć znowu te wszystkie emocje z innej perspektywy?

Dokładnie, ale wiadomo, że to wszystko na zasadzie: bez szaleństw, bez jakichś gwałtownych, dziwnych rzeczy. Tylko pokazać swoje, coś pokreować, wypuścić parę kontrataków, tak nieco bardziej statecznie pograć. Ale żeby dostać jednak te dwie minuty w meczu. Bo trzeba złapać tę komunikację z dziewczynami. Wiadomo, że jak się je ogląda, to niby wiesz co kto lubi, ale potem wychodzi w praniu nieco inaczej. A przecież w play-offach nie ma miejsca na eksperymenty i błędy, więc istotne będzie przekonać się, czy będę w stanie wejść w mecz i pomóc na tyle, żeby przynieść korzyści i żeby to dobrze funkcjonowało.

No tak, bo z tyłu głowy też jest właśnie to zgranie meczowe. To się nie wydarzy jak za dotknięciem magicznej różdżki, że Ty wejdziesz i od razu będziesz mieć pełną wiedzę o każdym.

Oczywiście że tak, choć grałam tu z większością dziewczyn. Mam doświadczenia z Zięmbą, z Zuzią Kulińską. Z Domi [Dominiką Fiszer] też zagrałam wspólnie parę spotkań. Z Olcią i Diggy to wiadomo. Więc jest te pięć dziewczyn, z którymi miałam jakiś sezon doświadczenia czy dwa, gdzie grałyśmy wspólnie. Ale wiadomo jak to jest, po każdej przerwie, po każdej kontuzji myślę, że jak się wraca, to człowiek jest wtedy taki trochę jakby roztrzepany, bo tak się cieszy, że ma tą piłkę, że czasami może głupoty robić. [śmiech] Chociaż mam nadzieję, że nie będzie ich za dużo.

Myślisz, że te pierwsze minuty po powrocie będą porównywalne emocjonalnie do takich pierwszych meczów w karierze? Ta sama radość, ta sama nerwówka?

No, myślę, że tak, zdecydowanie. Myślę, że to będzie taka wielka radość. Tylko w przeciwieństwie do pierwszych meczów to tu już będzie większa presja. [śmiech] Zobaczymy, jak to będzie. Jak wrócę w play-offach, no to już wiadomo, że liczy się każdy punkt, każde zwycięstwo, żeby iść jak najdalej. W rundzie zasadniczej, jak się powinie noga, to możesz nadrobić w następnym meczu. A w walce o medale są zupełnie inne zasady.

I Ty na siebie tę presję nakładasz?

Nie, nie. Myślę, że trener Arek nie pozwoli mi narzucić presji w stylu „O, jak już jesteś zdrowa, to już rób wszystko, co powinnaś od początku sezonu”. Myślę, że on też jest świadomy tego, że jeżeli złapię nić porozumienia z dziewczynami, że będę się z nimi rozumieć na boisku i to funkcjonuje, to da mi szansę i pozwoli wziąć trochę odpowiedzialności. Ale jeżeli będzie widział, że to nie działa tak, jak powinno, to wiem że nie będzie za wszelką cenę cisnął. Wiadomo, że jeżeli coś funkcjonuje dobrze, to też nie zawsze na wszelką cenę w to ingerować.

No właśnie, ale to drugie podejście nie jest do końca łatwe, bo wiadomo, że każdy sportowiec by chciał od razu móc wszystko i móc od razu pomóc.

No pewnie, że tak, pewnie. Będzie to całkowicie nowe doświadczenie, jeśli tak to się potoczy. Zobaczymy. Ja mentalnie nad tym pracuję cały czas, tak że [śmiech] i tak wszystko wyjdzie w praniu.

Na szczęście z tyłu głowy jest jeszcze cały czas kolejny sezon-Bo przecież jesteś z nami związana na dwa lata, więc nie ma aż tak wielkiej presji, że wszystko trzeba postawić na jedną kartę i od razu udowodnić. Możesz sobie dać troszeczkę więcej spokoju.

Dostałam szansę związania się z klubem na dwa lata i skorzystałam z tej szansy. Więc moje szczęście w nieszczęściu jest takie, że faktycznie mam z tyłu głowy bezpieczeństwo w postaci kontraktu na kolejny sezon i wiedzy, że zostaję w Ślęzie. W tym miejscu chciałabym podziękować za podejście klubu do mojej sytuacji, bo na żadnym kroku nie odczułam presji pod tytułem: „Okej, masz kontuzję, to masz dwa miesiące i wracasz. Jeżeli nie, no to jest klops i do widzenia”. Daliście mi mnóstwo wsparcia, że nawet jak mi się nie uda wrócić w tym sezonie, to mam się nie martwić, bo jak powiedziała pani prezes: „W przyszłym sezonie sobie odbijemy”. Ten brak presji mnie bardzo cieszy i uspokajał mnie przez całą drogę i cieszę się, że jestem na przyszły rok. A kto wie, jak mi zdrowie dopisze i wszystko inne się ułoży, no to może jeszcze kolejny rok czy dwa…

To na sam koniec. Czego życzysz przede wszystkim sobie, ale i całej drużynie, tak w tej chwili?

Korzystając z tego, że mam imieniny dzisiaj, to bym życzyła sobie zdobycia medalu razem z zespołem. Chciałabym im w tym jak najbardziej pomóc, a oprócz tego żebym ja był zdrowa i żeby reszcie zespołu też się nic nie przydarzyło.

 

Osłabiona Ślęza górą w kluczowym starciu

W meczu kluczowym dla losów rozstawienia w fazie play-off Ślęza Wrocław pokonała Eneę AZS Politechnikę Poznań 76:61. Żółto-czerwone tym samym mocno zbliżyły się do zajęcia miejsca na podium sezonu zasadniczego.

Wrocławianki podeszły do tego spotkania bez nieobecnej G’mrice Davis, która ze względu na sytuację rodzinną otrzymała zgodę na wyjazd do USA. Brak amerykańskiej podkoszowej tylko uwypuklił przewagę drużyny z Poznania jeżeli chodzi o warunki fizyczne. W pierwszych minutach meczu nie było jednak tej przewagi widać, bo gospodynie miały w swoich szeregach Aleksandrę Zięmborską. Skrzydłowa 1KS-u zdobyła siedem z pierwszych dziewięciu punktów swojej drużyny, kolejne cztery dołożyła druga Aleksandra – Mielnicka i po 6 minutach spotkania Ślęza prowadziła 13:7.

Poznanianki próbowały odrobić straty wykorzystując swoje atuty pod koszem. Akcję 2+1 przeprowadziła Jessica Carter, a chwilę później trzy zbiórki w ataku w 10 sekund zanotowała Hannah Hank, ale zamiast punktów skończyło się błędem kroków. Ślęza zareagowała trójką Digny Strautmane, na którą jednak szybko odpowiedziała Lena Brzustowska. Wrocławianki schodziły na krótką przerwę prowadząc 20:15 dzięki akcjom Mielnickiej i Dominiki Fiszer.

W drugiej kwarcie Enea AZS wciąż naciskała – ton w pierwszych fragmentach tej odsłony nadawały Brittany Brown i Malina Piasecka. Jedenaście oczek z rzędu tego duetu przyniosło poznaniankom prowadzenie, powiększone o kolejne dwa punkty przez Hank. Trener Arkadiusz Rusin nie zareagował przerwą na żądanie, a jego podopieczne udowodniły, że to była dobra decyzja. W ciągu następnych dwóch minut koszykarki 1KS-u zdobyły 10 oczek i odbudowały swoją przewagę, prowadząc w połowie drugiej kwarty 34:30.

Ofensywa drużyny z Poznania nie radziła sobie z agresywną i zespołową obroną wrocławianek, na przestrzeni czterech minut zdobywając tylko dwa punkty. Na szczęście dla akademiczek atak Ślęzy również się zatrzymał, w efekcie czego przewaga gospodyń wciąż wynosiła tylko pięć oczek. Trójka Ketiji Vihmane na trzy sekundy przed przerwą dała wrocławiankom prowadzenie 40:34.

Żółto-czerwone chciały po przerwie jak najszybciej zbudować przewagę, która pozwoliłaby im kontrolować wydarzenia na parkiecie. Punkty Mielnickiej i trójka Strautmane powiększyły zapas punktowy 1KS-u do dziewięciu oczek. Cały czas świetnie funkcjonowała defensywa zespołu z Wrocławia, ale brakowało regularnego zamieniania posiadań na skuteczne akcje. Gdyby ta sztuka udawała się podopiecznym Arkadiusza Rusina, przewaga rosłaby znacznie szybciej, ale że tak się nie działo, różnica punktowa powiększała się dość powolnie.

W połowie trzeciej kwarty osiągnęła 14 punktów – 51:37. W tym czasie poznanianki oddały tylko jeden celny rzut z gry i dopiero Hannah Hank przełamała niemoc ofensywną Enei AZS-u. Akcja podkoszowej drużyny gości dała tymczasowy impuls reszcie zespołu – chwilę później zapunktowały Brzustowska i Wiktoria Haegenbarth. Ten rozwój wydarzeń w postaci z kilkoma nieudanymi posiadaniami Ślęzy spowodował reakcję trenera Rusina w postaci przerwy na żądanie. Time-out uspokoił nieco sytuację na parkiecie, w czym pomogło też kolejne pięć oczek Aleksandry Zięmborskiej. Żółto-czerwone przed decydującą odsłoną prowadziły 57:48.

Przyjezdne potrzebowały serii punktowej, aby wrócić do meczu, ale naturalnie inne plany miały gospodynie. Digna Strautmane trafiła za trzy na otwarcie czwartej kwarty, chwilę później dołożyła dwa punkty z półdystansu. Łotyszka swój dobry fragment zwieńczyła asystą przy kontrze zakończonej przez Mielnicką. Na siedem minut przed końcem Ślęza prowadziła 64:51.

W tym momencie gra na chwilę została przerwana z powodu awarii oświetlenia, po której Enea AZS błyskawicznie zdobyła sześć oczek. Zryw drużyny gości zatrzymała kluczową akcją 2+1 Zuzanna Kulińska. Chwilę potem obwodowa 1KS-u asystowała przy punktach Aleksandry Mielnickiej i choć poznanianki miały jeszcze niespełna 4 minuty na odrobienie strat, brakowało im wiary w dokonanie tej sztuki. Defensywa Ślęzy skutecznie ograniczyła poczynania ofensywne podopiecznych Wojciecha Szawarskiego. Czas grał na korzyść gospodyń, a te niesione dopingiem kibiców w KGHM Ślęza Arenie postawiły kropkę nad i. Dzięki temu wygrały aż 76:61.

Zwycięstwo daje żółto-czerwonym znaczącą przewagę nad poznaniankami w walce o 3. miejsce po sezonie zasadniczym. Ślęza wygrała oba bezpośrednie starcia, co oznacza, że w przypadku zrównania się bilansem na koniec tego etapu rozgrywek to koszykarki z Wrocławia zajmą wyższe miejsce w tabeli. Na cztery kolejki przed końcem sezonu to bardzo cenna zaliczka, która jednak w żadnym wypadku o niczym nie przesądza. Przed Ślęzą teraz bardzo trudne wyjazdowe spotkanie z MB Zagłębiem Sosnowiec. Zespół z Poznania ma jeszcze przed sobą starcie z liderem z Gorzowa. Końcówka sezonu zasadniczego Orlen Basket Ligi Kobiet tradycyjnie zapowiada się emocjonująco.

Ślęza Wrocław – Enea AZS Politechnika Poznań 76:61 (20:15, 20:19, 17:14, 19:13).
Ślęza: Zięmborska 19 (10 zb), Mielnicka 18, Strautmane 13, Kulińska 9, Vihmane 7, Fiszer 6, Kraker 2, Jasik 2, Jeziorna 0. Gajda DNP.
Enea AZS: Brown 13 (11 zb), Brzustowska 10, Hank 10, Carter 9, Piasecka 7, Haegenbarth 6, Popović 6, Pszczolarska, Kośla, Rutkowska 0. Woźna, Tomaszkiewicz DNP.