Dominika Fiszer: Staram się skupiać na tym, żeby kreować teraźniejszość

W obszernym wywiadzie Dominika Fiszer opowiada między innymi o akceptacji, pozytywnych emocjach i patencie na wygrywanie Pucharu Polski.

Na początek od razu mocno – gdzie by była teraz Dominika Fiszer, jakby we wrześniu nie zadzwonił telefon z Wrocławia?
[śmiech] Nie mam pojęcia. Ale to jest super pytanie. Jeżeli chodzi o miejsce na świecie, to nie mam pojęcia! Jeżeli chodzi o taki spokój wewnętrzny, ale związany dużo bardziej z życiem prywatnym niż sportem, to mogłabym być pewnie w gorszym miejscu. Na ten rok to był mój główny priorytet – życie prywatne i spokój ducha w nim. I to się udało osiągnąć właśnie dzięki temu, że jestem we Wrocławiu.

Ale nie było takiej myśli, że jak telefon nie będzie dzwonił, to odstawisz koszykówkę na boczny tor? Cały czas planowałaś grać?

Nie, nie. Dalej jestem w takim momencie, że póki ciało mi pozwala i póki sprawia mi to jeszcze przyjemność, a cały czas sprawia, to nie mam jeszcze takich myśli o tym, żeby skończyć grać. Nie mam też jakiegoś deadline’u, że chcę grać jeszcze dwa albo pięć lat. Życie nauczyło mnie, że planowanie nie zawsze ma sens. [śmiech] Po prostu biorę to, co jest i to, co życie przynosi. W wakacje nie podpisałam jeszcze nigdzie kontraktu. Nie znalazła się taka oferta, której bym była pewna w stu procentach. Cierpliwie czekałam i generalnie wierzę, że wszystko w życiu dzieje się po coś i wierzę, że to wszystko po prostu tak miało się ułożyć, że dostałam telefon z Wrocławia.

No i cierpliwość się opłaciła. Zadzwonił znany numer, zadzwonił Arkadiusz Rusin. I z perspektywy czasu chyba nie żałujesz, że tak to się właśnie potoczyło?
Nie żałuję, absolutnie nie żałuję tego, że jestem we Wrocławiu. Oczywiście, jak jest się w tej sytuacji, że są wakacje i nie ma się podpisanego kontraktu na przyszły sezon, to nie jest to coś komfortowego. Pojawiają się myśli „co dalej?”, zastanawiasz się, gdzie trzeba będzie się przeprowadzić. Czy będę musiała się spakować sama, czy będę mogła pojechać z mężem, z psami? W moim przypadku, gdzie mam rodzinę, dodatkowych pytań pojawia się trochę więcej. To już nie jest tak, że ja po prostu spakuję torbę i mogę jechać na drugi koniec świata. Dla mnie to już jest większa logistyka i organizacja. Ale rzeczywiście tak, ta cierpliwość się opłaciła. I tak jak mówiłam, wierzę, że wszystko dzieje się po coś i że właśnie dlatego nic w wakacje nie podpisałam, żeby być gotową, aby w połowie września jeszcze móc podpisać kontrakt.

Przechodząc do Ślęzy doskonale wiedziałaś, jak operuje trener Rusin, jaką ma filozofię, jaki ma system gry. Ale ja chciałem zapytać, czy coś cię zaskoczyło w tym wszystkim? Czy coś się zmieniło na przestrzeni tych sześciu lat, kiedy ostatni raz grałaś we Wrocławiu?
Zacznę może od tego, że jeżeli chodzi o klub, to zmieniło się bardzo dużo, byłam pod dużym wrażeniem i bardzo pozytywnie zaskoczona.

Co cię zaskoczyło?
Przede wszystkim, jak grałam tu w 2019 roku, to grałyśmy i trenowałyśmy w hali AWF. A teraz, w KGHM Ślęza Arenie wszystko mamy na miejscu. I siłownię, i dostęp do sali, i naszą własną szatnię, z której korzystamy tylko my. To już jest ogromny plus. Do tego VIP lounge po meczu. [śmiech] To, że możemy po meczu przyjść, zjeść kolację. To są takie rzeczy, które mnie chyba najbardziej zaskoczyły, bo tego nie było, jak grałam tutaj te sześć lat temu. Klub wszedł na dużo wyższy poziom organizacyjnie i to było bardzo pozytywne zaskoczenie.

A tak sportowo, pod kątem pracy z trenerem?
No to niewiele się zmieniło! [śmiech] Mam wrażenie, że wszystko zmienia się dookoła, natomiast trener Rusin nie. Wiele rzeczy, które słyszałam i sześć lat temu, i dziesięć lat temu w tym sezonie też niejednokrotnie usłyszałam. Ten styl gry też cały czas jest podobny. Może też dlatego było mi stosunkowo łatwo się w nim odnaleźć, bo znam już ten system. Nie miałam dzięki temu dużej trudności, żeby dopiero w połowie sezonu przygotowawczego dołączyć do drużyny i tak naprawdę po tygodniu zagrać pierwsze sparingi. Bo może zagrywki są inne, ale generalnie system jest podobny, wartości są podobne. Na te same rzeczy kładzie się nacisk, ja w tym systemie grałam wiele lat i chyba czuję się w nim najlepiej. To było duże ułatwienie.

Jak rozmawialiśmy przy okazji nieopublikowanego jeszcze filmu podsumowującego sezon zasadniczy, to powiedziałaś słowo „przyjemność”. Co na przestrzeni tych sześciu miesięcy się działo, że właśnie przyjemność przyszła Ci do głowy jako pierwsza?
Muszę przyznać, że jest to jeden z najfajniejszych zespołów, w jakim grałam, o ile nie najfajniejszy. Może to wynika też z tego, w jakim jestem miejscu sama ze sobą i tego, jak ja się czuję będąc w zespole. Nie jestem już młodą zawodniczką, którą to wszystko stresuje, tylko jestem najstarsza. Mam już dużo więcej swobody dzięki temu, że grałam w różnych zespołach z różnymi dziewczynami. Ale jeżeli chodzi personalnie o dziewczyny, to naprawdę jest to dla mnie ogromna przyjemność i bardzo to doceniam. Wiem, jak bardzo atmosfera potrafi tę przyjemność dodać. Bardzo lubię trenować, bardzo lubię pracować. A jak się to robi w grupie ludzi, w której panuje dobra atmosfera, którzy są dla siebie życzliwi, to wszystko wchodzi na wyższy poziom. I dla mnie właśnie jest to ta codzienna przyjemność. Pamiętam że pierwszego dnia jak dołączyłam, to dziewczyny już się znały i już były ze sobą dwa czy trzy tygodnie. Dzięki temu jaka była w szatni atmosfera, bardzo łatwo było mi wejść do tego zespołu. Naprawdę od pierwszego dnia była to czysta przyjemność.

Co jest kluczem do tego, że pomimo wielu na przestrzeni tych miesięcy wzlotów i upadków cały czas się trzymacie razem, cały czas ta atmosfera zostaje niezachwiana?
Myślę, że kwestia charakterów. Bazując na swoim doświadczeniu powiedziałabym, że to jest kwestia charakterów i dojrzałości emocjonalnej poszczególnych zawodniczek. Wiadomo, że każda z nas jest inna i w wielu rzeczach bardzo się różnimy. Mam jednak wrażenie, że jako kolektyw to naprawdę dobrze funkcjonuje. „Kliknęłyśmy” tak, że nie ma tu żadnych spięć, walki między nami, tylko czuję, że po prostu każdy jest dla siebie życzliwy. I to jest super. Nie w każdym zespole, w którym grałam tak było. Bardzo to doceniam, bo doceniam to też w życiu codziennym, wśród ludzi. Życzliwość, bezinteresowne dobro i zainteresowanie drugą osobą, które jest szczere, a nie wymuszone tylko tym, że jesteśmy razem w zespole. Dużo jest w naszym zespole takich małych rzeczy. Rozpoczynając od naszej pani kapitan Diggy, która robi mnóstwo uprzejmych rzeczy, dbając o komfort każdej dziewczyny w zespole. I ona jako kapitan daje taki przykład, a my idziemy za nią.

Jedną cechą, która w tym zespole da się zauważyć, jest krótka pamięć. Tylko raz w tym sezonie przegraliśmy dwa mecze z rzędu. Co jest u was takiego, że udaje się to szybko zostawić za sobą, wymazać? Nawet już czasami w autobusie zostawiacie te negatywne emocje i następnego dnia po prostu przychodzicie do pracy i wracacie na właściwe tory.
Nie wiedziałam nawet, szczerze mówiąc, że tak dobrze to nam wychodzi. Wszystko zaczyna się od tego, jak my się między sobą czujemy i jak przegrywamy, to nie ma tutaj pokazywania palcem czyja to wina, wypominania kto popełnił błąd. Każda z nas potrafi powiedzieć, jak coś zrobiła źle, przyznaje się przed grupą: „Hej, dzisiaj zawaliłam to i tamto”. Nie ma osoby, która by chciała udowodnić jeszcze bardziej, że tak rzeczywiście zawaliłaś, tylko raczej każda z nas jej powie: „Okej, zdarza się”. Każdy ma gorsze momenty w meczu czy na przestrzeni sezonu i to jest totalnie akceptowalne. Wszystko zaczyna się od tego, że, że nikt tu nikomu nie chce niczego udowodnić w takim negatywnym sensie. Każda z nas też potrafi swoje ego schować do kieszeni i nie stawiać go jako najważniejszej rzeczy, bo najważniejszy dla wszystkich jest sukces drużyny.

Tutaj naprawdę nie ma takiej osoby, która by koniecznie chciała siebie pompować, tylko jak komuś idzie, no to idzie i cały zespół z tego korzysta.
Tak jest i wydaje mi się, że widać też to na meczach. Sporo jest wspólnej celebracji i radości. Właściwie nie ma znaczenia, kto zdobędzie punkty czy kto zrobi dobrą akcję. Jest mnóstwo zdjęć i ławki, i nas na boisku, kiedy jesteśmy po prostu uśmiechnięte. To jest coś fajnego i to jest bardzo naturalne. Takich rzeczy nie da się wypracować, nauczyć. Mamy naprawdę sporo osób, które lubią dawać taką energię i celebrować sukcesy koleżanki z drużyny.

Myślę, że Ty jesteś jedną z takich osób i Ty jako rozgrywająca masz jeszcze dodatkową satysfakcję, że to wszystko wychodzi. Pamiętam, jak rozmawialiśmy w 2019, to mówiłaś, że Tobie to sprawia największą frajdę. Nie zdobywanie punktów, a to, że całemu zespołowi wychodzi. I to chyba zostało pomimo upływu lat.
Tak, to się nie zmienia! Nawet mam wrażenie, że idzie to jeszcze bardziej w stronę celebracji. Wydaje mi się, że z wiekiem nauczyłam się pokazywać więcej emocji na boisku. Myślę, że kiedyś byłam bardziej stłamszona albo spokojniejsza w takim okazywaniu pozytywnych emocji. Szczerze mówiąc pewnie dlatego, że jak byłam młodsza, to nigdy nie wolno było tego robić. Teraz z wiekiem czuję, że mogę już sobie na to pozwolić i czuję, że emocji na boisku pokazuję coraz więcej. I na przykład po meczu chyba z Poznaniem bardzo miło mi było, jak dostałam od przyjaciółki wiadomość, że strasznie uroczo cieszyłam się jak Iga Jasik zdobyła punkty. I rzeczywiście pamiętam ten moment, jak Iga zdobyła punkty, że aż po prostu podskoczyłam. Wiadomo, że to już była końcówka meczu, wiedziałyśmy, że mamy to zwycięstwo, które na tamtym etapie sezonu było dla nas bardzo ważne. Ta radość ze mnie wychodzi naturalnie, ja tego nie forsuję. Pewnie, że były też mecze, w których nie miałam w sobie tej energii, ale jest rzeczywiście dużo momentów, że jak dzieje się coś dobrego, to bardzo pokazuję, że mnie to cieszy.

Trudno było coś takiego zbudować w zespole? Czy to właśnie, tak jak mówiłaś, jest kwestia charakterów i wszystkie naturalnie siebie nawzajem nakręcacie?
Wiesz co, chyba naturalnie. Każda z nas ma inny charakter, inny temperament, więc dla jednych osób to jest bardziej naturalne, żeby coś takiego pokazywać, dla innych mniej. I muszę podkreślić, że nie ma właśnie takiego sztucznego oczekiwania, że musimy to robić. Jeżeli ktoś tego nie czuje i nie chce tego robić, to nikt tego od niego nie oczekuje. Jeżeli ktoś to wnosi, to myślę, że jest to po prostu fajne. I tak, jak powiedziałam są mecze, w których tych emocji i radości jest więcej. Są też naturalnie mecze, kiedy jest tego troszeczkę mniej. Ale uważam, że jeżeli ktoś by tego od nas oczekiwał albo przymuszał nas do tego, że należy celebrować i trzeba to pokazywać, to ja nie wierzę, że to by wyszło dobrze. Także wydaje mi się, że jest tutaj dużo właśnie tego, że my przede wszystkim siebie lubimy. Mamy też mnóstwo żartów lub śmiejemy się z wydarzeń na treningu. A przez to, że tych rozmów i żartów jest dużo, to mamy do czego nawiązać i możemy tym wywołać uśmiech na twarzy drugiej osoby.

To z drugiej strony jak ważne jest to, żeby było miejsce na te negatywne emocje, które się pojawiają? I jak ważne jest to, żeby stworzyć taki safe space dla każdego, żeby można było to sobie wspólnie albo samemu przetrawić i przepracować na przestrzeni miesięcy?
Ogromnie ważne. Wiadomo, że najprzyjemniejszymi momentami są te, w których celebrujemy coś, co wydarzyło się w meczu. I rzeczywiście ten mecz i ten moment sprawia nam tyle radości, że mamy ochotę wyskoczyć, uśmiechnąć się, przybić piątkę. Ale jest oczywiście też ta druga strona, bo przecież są mecze, w których jest frustracja i złość i wtedy nie ma uśmiechu, nie ma tej lekkości. Myślę, że każda z nas ma kogoś takiego w zespole, z kim po prostu może porozmawiać, może znaleźć wsparcie. Nie wszystko oczywiście dzieje się na forum zespołu i, to też jest zupełnie naturalne, przecież nie wszystkie problemy trzeba rozwiązywać w całej grupie. Każda z nas po prostu ma kogoś, przy kim czuje, że może nawet te najgorsze rzeczy powiedzieć, czy może dostać takie wsparcie bardziej już indywidualne niż od całego zespołu, tylko od tej osoby, posłuchać jej perspektywy. Wydaje mi się, że nie ma tutaj osób, które czułyby się w tej grupie źle, samotne albo czułyby, że nie mają w tym zespole nikogo, na kim mogłyby tak w stu procentach polegać, ale to oczywiście jest moja perspektywa.

No to podpytam. Nie musisz odpowiadać, jak nie chcesz, ale kto jest taką osobą dla ciebie? Z kim masz taki kontakt, o którym powiedziałaś?
Najbardziej w zespole trzymam się z Olą [Mielnicką – red.] i Julą i z Igą. Tak że z moimi dzieciaczkami! [śmiech] To po prostu wychodzi naturalnie. Mamy podobne poczucie humoru i rzeczywiście spędzamy razem dużo czasu, dużo rozmawiamy. Bardzo lubię też G [G’mrice Davis], która jest moją największą kompanką do żartów. To może trochę inna płaszczyzna, ale jest dla mnie ważnym elementem. A jeżeli na przykład chodzi o takie rozmowy bardziej emocjonalne i analizujące, to powiedziałabym, że z Mehryn mogę najwięcej w ten sposób porozmawiać. Może to wynika z naszego doświadczenia, i z naszego wieku, [śmiech] że jesteśmy z tego samego rocznika i to jest takie naturalne, że mamy podobne obserwacje w różnych tematach i możemy się nimi dzielić. Od każdego mogę dostać coś innego.

Wspomniałaś o tych swoich dzieciaczkach. Mówisz, że wyszło to naturalnie, ale jak ta dynamika wygląda? Ty z racji doświadczenia im coś podpowiadasz, próbujesz ich w dużym skrócie nauczyć życia?
Jestem taką osobą, która generalnie otwarcie mówi o swoim spojrzeniu na świat i na różne tematy. Staram się to robić w odpowiedni sposób, żeby nie uprzykrzać nikomu życia, tylko bardziej podzielić się swoim spojrzeniem. Dużo rozmawiam z dziewczynami, ale nie wychodzę z założenia, że ja powinnam kogoś uczyć życia albo coś w tym stylu… Jestem osobą, która lubi pokazywać swoją perspektywę, lubię pokazywać też komuś inną perspektywę. Natomiast ja nigdy nie oczekuję, że ktoś będzie przyjmował taką samą perspektywę jak moja. Każdy żyje na swój własny rachunek i żyje po swojemu, ma swoje przemyślenia, według których układa sobie życie w zgodzie ze swoimi wartościami. Ja mam swoje wartości i idę przez życie zgodnie z nimi. Lubię sobie dyskutować na różne egzystencjalne, emocjonalne tematy, ale też i sportowe i po prostu dzielić się swoimi przemyśleniami. Natomiast to, co dziewczyny z tego wezmą, to już ich decyzja i ich sprawa. Ja je po prostu bardzo lubię, lubię spędzać z nimi czas.

Lubię przebywać z młodszymi ludźmi, obserwować tę ich jeszcze trochę beztroskość, radość życia. Patrzę na nie i po prostu wracam czasami sobie wspomnieniami do tego, jak to było, kiedy miałam dwadzieścia lat, ale w taki bardzo pozytywny sposób. Nie mam w sobie takiego uczucia, że „O, chciałabym mieć znowu dwadzieścia lat” albo „Chciałabym tam wrócić”. Bardziej chodzi o to, że ja od nich chłonę inną perspektywę. Jak już jest się dorosłym, czy jest się po trzydziestce, to powiedziałabym, że życie jest dużo bardziej skomplikowane i często jest się już po takich przejściach, które jakoś nas ukształtowały. A z kolei jak patrzę na nie, to przypominam sobie, że fajnie jest się cieszyć małymi rzeczami. Fajnie jest mieć radość nawet z najprostszych czynności dnia. To jest taka obustronna wymiana.

Życiowe kwestie mamy odhaczone. A koszykarsko? Próbujesz im coś przekazać tak, żeby one wyciągnęły coś z twojego doświadczenia, z twoich umiejętności przeglądu pola?
Nie mam takiego rozgraniczenia, że tym młodym dziewczynom chcę coś konkretnego przekazać w aspekcie koszykarskim. No może Iga jest taką osobą, bo jest najmłodsza w tym zespole i dla niej mam więcej wskazówek. Próbuję jej pokazać, jak może się zachować, żeby jej było trochę łatwiej albo żeby ona coś zyskała, albo żeby też było mi łatwiej oczywiście. Dobrze by było, żeby współpraca rozgrywającej z wysoką się układała. A przez to właśnie, że Iga jest jeszcze po prostu naprawdę młodziutka, to uwag czy rad może mam troszeczkę więcej. Ale generalnie jako jedynka i w związku z tym, że jestem wokalną osobą. Dużo się udzielam i jestem raczej głośna. Na parkiecie, czy to w ataku, czy to w obronie często mam sporo uwag czy rzeczy, które zauważam i dzielę się tym naturalnie. Ale mówię, nie ma tu dla mnie za bardzo rozgraniczenia, czy ktoś ma dwadzieścia lat, czy trzydzieści. Po prostu jeżeli uważam, że moje wskazówki będą pomocne dla całego zespołu, albo jeżeli uważam, że jest coś, na co powinniśmy w tym momencie zwrócić uwagę, to po prostu to przekażę wszystkim.

Każda dotychczasowa rozmowa zahaczała o Puchar Polski i musimy o tym Pucharze porozmawiać, bo Ty jesteś specjalistką, jakby nie patrzeć od wygrywania. To cały czas jest nieoficjalne i może kiedyś to zweryfikujemy, ale nieoficjalnie jako jedyna z trzema różnymi klubami wygrywałaś ten puchar. Więc jaki jest patent Dominiki Fiszer na wygrywanie Pucharu Polski? O co w tym wszystkim chodzi?
Może być underdogiem? Dwa puchary, które najlepiej wspominam, to ten wygrany w styczniu i ten wywalczony z Lublinem. Przez to, że w 2016 to też był właśnie pierwszy puchar dla Lublina i absolutnie nikt się wtedy nie spodziewał, że, że ten puchar zdobędziemy. I mam wrażenie, że tak samo trochę było w tym roku. Jechałyśmy na ten turniej, z takim bardzo swobodnym powiedziałabym nastawieniem. I okazało się, że te trzy dni po prostu były naprawdę wspaniałe, po których wróciłyśmy z Pucharem. A patent? Serio nie wiem. To jest jedyna rzecz, która przychodzi mi do głowy. Bo jak myślę o tych dwóch pucharach, które zdobyłam z Polkowicami, to wydaje mi się, że były to takie zespoły, dla których ten puchar to była po prostu taka formalność, że tak to ujmę. Właśnie nawet nie pamiętam aż tak dobrze tych wydarzeń przez to, że to nie było jakieś zaskoczenie. Natomiast te dwa bardziej niespodziewane wspominam bardzo dobrze. I tak, ten z Sosnowca… wspaniałe to były trzy dni po prostu. Naprawdę bardzo duża dawka dobrych wspomnień.

Rozmawialiśmy chwilkę wcześniej o tym, że grałaś w Ślęzie sześć lat temu, więc spróbujemy sięgnąć jeszcze pamięcią. Jakbyś mogła spróbować porównać Ślęzę teraz a Ślęzę sprzed tych sprzed sześciu lat. Co pamiętasz z tamtego zespołu?
Dobrze wspominam tamten zespół. Pamiętam, że wtedy nie skończyłyśmy sezonu, bo niestety był COVID. Wyjeżdżając z Wrocławia bardzo wtedy chciałam tutaj zostać. Natomiast sytuacja była na tyle niestabilna i nieznana, że, że w końcu zdecydowałam się na przejście do Gorzowa. Ale nie będę ukrywać, że było we mnie coś takiego i na pewno o tym mówiłam, że było we mnie takie uczucie, że chciałabym jeszcze kiedyś we Wrocławiu zagrać. Więc jak ten telefon teraz we wrześniu zadzwonił, to miałam poczucie, że to jest naprawdę dobry moment, aby wrócić i spełnić to swoje małe marzenie. Nie dość że kocham to miasto, to po prostu miałam stąd dużo dobrych wspomnień i chciałam tutaj wrócić.

Takie poczucie niedokończonych spraw? Wspominałaś o tym, że, że sezon przerwany i jak wspominam sobie tamten sezon, to mam wrażenie, że straciliśmy realną szansę na medal. Jak Ty na to patrzysz?
Chyba troszkę inaczej. Nie wiem, czy to przez to, że też już tyle tych sezonów rozegrałam, ale dla mnie zawsze głównymi wspomnieniami po sezonach są ludzie. To jest taka rzecz, która najdłużej we mnie zostaje. A w związku z tym, że minęło już sześć lat, to szczerze mówiąc nie pamiętam takiego myślenia wtedy, że możemy powalczyć o medal. Bardziej pamiętam trud wszystkiego, co było związane z pandemią. Tego, że nagle z dnia na dzień tak naprawdę skończyłyśmy sezon. Pamiętam, jak siedziałyśmy z dziewczynami i docierały do nas te informacje. To są momenty, które pamiętam. To jedyny sezon w moim życiu, który zakończył się wcześniej. Zostały ze mną emocje takiego strachu i niezrozumienia sytuacji, która jak później się okazało, była dużo bardziej poważna niż może mogłyśmy na początku przypuszczać. Chyba bardziej pamiętam te momenty z dziewczynami, ten szok, pakowanie się i ten stres. Wszystko utkwiło mi w pamięci mocniej niż takie rozmyślania, że nie dokończymy sezonu, bo mam wrażenie, że wtedy ten sport zszedł na dalszy plan.

Teraz tego stresu nie ma, teraz nie trzeba się pakować w pośpiechu. Teraz się rozpoczyna tak prawdziwa zabawa, czyli faza play-off. Co trzeba zrobić twoim zdaniem, żeby ten sezon się zakończył dobrze, czyli zakończył się medalem, niezależnie od tego, jakiego koloru?
Dobre pytanie. Chciałabym znać na nie odpowiedź! Można powiedzieć, że trzeba ciężko pracować, że trzeba się dobrze przygotowywać. I oczywiście tak trzeba. Natomiast nie znam konkretnej recepty, żebym mogła dzisiaj powiedzieć: o, jak to zrobimy, to na pewno zdobędziemy medal. To jest sport i chętnych do zdobycia medalu jest więcej niż tylko Ślęza. Nasza liga jest wyrównana. Odkąd nie ma w lidze mocnych Polkowic i mocnej Gdyni, czyli zespołów, które, można powiedzieć, miały trochę monopol na mistrzostwa Polski dużo więcej jest niewiadomych. Te zespoły, które zostały w walce o medale są po prostu dużo bardziej wyrównane.

Ponadto terminarz oczywiście dotyczy wszystkich i to nie jest tak, że on dla nas jest inny, a chociażby dla drużyny z Torunia, z którą zmierzymy się w pierwszej rundzie, jest inny. Wszystkich nas obowiązuje ten sam plan gier. Jest to coś, czego wcześniej nie widziałam. Nie doświadczyłam tego, żeby przed play-offami było trzy tygodnie przerwy. Nie ma co ukrywać, że takie przerwy zawsze wybijają zespół z rytmu. To jest zupełnie coś innego. Będziemy miały kilka dni, może dwa albo trzy dni, żeby przygotować się do ćwierćfinałowych starć, więc jest to dosyć wymagająca sytuacja. Ciężko jest mi powiedzieć, jak to zafunkcjonuje. Oczywiście życzę nam, żebyśmy od pierwszej minuty weszły w te play-offy dobrze i czuły się tak pewne, zarówno indywidualnie i jako zespół, jak czułyśmy się w najlepszych momentach tego sezonu. Ale szczerze mówiąc nie wiem, czy tak będzie, bo jak się wypada z tego rytmu, to potem te mecze po przerwie zawsze są taką niewiadomą. Jeżeli chodzi o przygotowanie taktyczne, to wszystko będzie pewnie trochę skondensowane. Natomiast myślę że przez to, że grałyśmy w tym sezonie w Eurocupie i grałyśmy w systemie, w którym miałyśmy po dwa mecze w tygodniu, kiedy czasem był jeden trening pomiędzy meczami i też trzeba było się taktycznie przygotować i poznać zagrywki przeciwnika, założenia, na dany mecz, może tę umiejętność już trochę mogłyśmy sobie w sezonie wypracować. Więc teraz kwestia, żebyśmy to doświadczenie właśnie wykorzystały w tym krótkim przygotowaniu przed play-offami.

Właśnie chciałem zapytać o EuroCup zapytać. Czy doświadczenie w starciach z Villeneuve i Estudiantes zaprocentuje w tych kluczowych starciach? Jak ty na to patrzysz?
To były bardzo wymagające spotkania, bo mierzyłyśmy się z naprawdę mocnymi zespołami. Estudiantes w lidze hiszpańskiej nie było na czołowych miejscach, ale ta liga jest na tyle silna, że patrząc na potencjał tego zespołu u nas byłby pewnie topowym zespołem. To samo z Villeneuve. Liga francuska jest na innym poziomie i jest tam też zupełnie inny poziom fizyczności, który był dla nas chyba największą przeprawą. Wierzę, że nasza przygoda z EuroCupem będzie takim pozytywnym doświadczeniem. Na meczach można najwięcej wypracować i zyskać, bo jest stawka i jest poważna rywalizacja. Można nad czymś pracować tygodniami na treningach, ale mam wrażenie, że to i tak zawsze mecz weryfikuje. Więc dzięki temu, że rozegrałyśmy w sezonie więcej meczów, miałyśmy więcej okazji do rozwoju jako zespół. To jest coś, co może zaprocentować. W play-offach w krótkim czasie trzeba się dostosowywać do nowych rzeczy. W środę podczas meczu możemy mieć takie założenia w obronie, a w weekend już będą inne. Trzeba szybko przestawić się na to, żeby funkcjonować inaczej. I dzięki temu, że przetestowałyśmy już wiele tych systemów, to mam nadzieję, że mamy już tę umiejętność i uda się nam to zrobić z jak najmniejszą ilością błędów.

Na start naszej drogi po medal los przydzielił nam Energę Toruń. Te dwa mecze w sezonie zasadniczym, myślę, że takie z braku lepszego słowa dość brudne. Szykują się zacięte, trudne starcia. Jak ty oceniasz zespół z Torunia?
Tak. Brudne to chyba nawet był mój komentarz po tym pierwszym meczu w Toruniu. Pamiętam, że było tam właśnie sporo takiej brudnej gry i powiedziałabym, że Toruń jest dosyć niewygodnym przeciwnikiem, bo na pewno ma potencjał, żeby pokonywać dobre zespoły. Energa to rywal nieprzewidywalny, co zaczyna się od trenera, który słynie z tego, że lubi zmieniać systemy obrony i z takiej właśnie nieprzewidywalności. Więc tak bym ten zespół zdefiniowała. Jest to niewygodny rywal, bo taki, po którym czasem nie wiadomo czego się spodziewać. Natomiast, to z czego najbardziej się cieszę w związku z tą rywalizacją, to z tego, że zobaczę się z Karoliną Stefańczyk. [śmiech]

Co może być naszą przewagą w tych starciach, oprócz oczywistej przewagi parkietu w pierwszych dwóch meczach?
Myślę, że właściwie może większa przewidywalność i większy konstans w naszej grze. Oczekuję od nas, że będziemy utrzymywały pewien poziom i że nie będziemy poniżej tego poziomu schodziły. To będzie ważne. Oczywiście, że będą momenty lepsze i gorsze i w trakcie meczu, i w trakcie całych play-offów. Natomiast chciałabym, żebyśmy poniżej tego pewnego poziomu nie schodziły, szczególnie pod kątem naszej defensywy. Zawsze powtarzam, że atak rozpoczyna się od dobrej defensywy. Sporo gramy w tym sezonie kontrą i gramy szybko, ale to jest możliwe tylko wtedy, kiedy jest dobra obrona i dobra zbiórka. Gdy to mamy, możemy grać szybko i narzucać to tempo gry, które może być wymagające dla drużyny z Torunia.

Czujesz, że jako bardziej doświadczona zawodniczka będziesz musiała wziąć troszeczkę więcej na siebie w tych play-offach?

W sumie jeszcze się nad tym nie zastanawiałam, bo jeszcze mam trzy tygodnie do pierwszego meczu. [śmiech] Ale chyba nie. Myślałam o naszym zespole i sądzę, że każda z dziewczyn dobrze zna swoją rolę. Nie ma tutaj zawodniczki, która by nie grała albo która by grała bardzo mało i była nieusatysfakcjonowana, bo te mecze są różne. Ja też mogę grać w meczu piętnaście minut, mogę grać dwadzieścia pięć minut. Wynika to po prostu z tego, kto danego dnia ma lepszą dyspozycję. Ja osobiście to w stu procentach akceptuję, bo taki jest sport.

Nie lubię prowadzenia zespołu w taki sposób, że komuś się należy trzydzieści czy trzydzieści pięć minut, bo dla mnie każdy mecz jest inny. I cieszę się, że mamy taki zespół, że w każdym meczu ktoś inny może mieć ten lepszy dzień i mam wrażenie, że wtedy naturalnie ta odpowiedzialność trochę na tę osobę spada. Chociaż nawet ciężko mi tu mówić o takiej odpowiedzialności. Mam wrażenie, że to bardziej ta wiara zespołu po prostu wtedy przechodzi na tę konkretną osobę. Jeżeli widzimy, że ktoś ma lepszy dzień i jest bardziej skuteczny, czy w ogóle czuje się lepiej i podejmuje lepsze decyzje, to mam wrażenie, że umiemy to wyłapać. Więc mniej tutaj postrzegam to pod kątem odpowiedzialności jako takiej, a bardziej może oczekiwałabym po sobie, że będę odpowiedzialna za to, żeby właśnie jak najlepiej wyłapywać, dostrzegać to, co danego dnia najlepiej działa. Tym bardziej jako rozgrywająca, razem z Katką ustalać, szukać opcji, które danego dnia najlepiej działają.

Mam wrażenie, obserwując tak trochę z boku, że jesteś czasami takim naszym wentylem bezpieczeństwa. W momencie, kiedy gdzieś tam gdzieś nie idzie, nagle ty dostajesz piłkę, nagle jesteś sama na łuku i trafiasz ważną trójkę. Zauważyłaś coś takiego?

Miło mi, że tak mówisz. Dziękuję, ale akurat tego nie zauważyłam! Ale wspominam wyjazdowy mecz z Gdynią w pierwszej rundzie, gdy Gdynia była jeszcze naprawdę bardzo dobrą drużyną. Pamiętam, że dziewczyny powiedziały mi wtedy coś takiego, że wyłapałam po prostu jedną zagrywkę, którą poczułam, że możemy wykorzystać. Wtedy powiedziałam trenerowi, że idę w to i chcę to zagrać, wszystko jest na moją odpowiedzialność. I to zafunkcjonowało. Pamiętam, że dziewczyny to wtedy zauważyły i ja rzeczywiście też poczułam taką satysfakcję, że dałam radę w ocenie sytuacji.

Natomiast mam też takie przemyślenie, że czasem dzięki temu, że gram te dwadzieścia minut, to naturalnie więcej spędzam czasu na ławce. Mam więcej czasu na obserwację, pewne rzeczy jest mi czasem łatwiej zauważyć. Oczywiście jak się jest na boisku, to też się pewne rzeczy czuje, ale czasem jak coś nie idzie, a ty jesteś na tym boisku, to twoje zmęczenie wzrasta i zaczynasz się frustrować, bo coś nie działa i ty dalej szukasz, ale dalej nie możesz tego znaleźć. A pamiętam, że wtedy miałam takie przemyślenie, że spędzając sporo czasu na ławce, automatycznie częściej mogę inaczej spojrzeć na mecz. Zobaczyć wszystko z innej perspektywy i nieco chłodniej ocenić sytuację i znaleźć jakieś rozwiązanie. I potem pamiętam, że weszłam na boisko i spróbowałam tego. To zafunkcjonowało i wyszło dobrze. Tak że chyba to tyle w sumie w tym temacie. [śmiech]

Mówisz o tym, że więcej czasu spędzasz na ławce, ale to nie wpływa za bardzo na twoją efektywność. Lubię sobie popatrzeć na statystyki i popatrzeć na różne liczby. I uwaga! Przeliczając na czterdzieści minut Twój wskaźnik asyst, to jest najwyższy w karierze. Gdybyś grała czterdzieści minut, to byś rozdawała dziesięć i pół asysty na mecz.
No tak. [Śmiech] Co prawda wiąże się to z tym, że zdobywam jednak też mniej punktów, bo jakby przeliczyć punkty na czterdzieści minut, to byłoby ich mniej. Więc mam wrażenie, że ten balans troszkę jest zachowany, że jest mniej tych punktów, a więcej asyst. Ale dla mnie te asysty to zawsze jest największa radość. Tak że ja właściwie cieszę się, że to idzie w tę stronę. Oczywiście, że dostaję komunikaty z różnych stron, że mogłabym rzucać więcej i zdobywać więcej punktów. Jasne, mogłabym, wiem, jestem tego świadoma. Natomiast jeżeli ktoś by mnie zapytał, czy będę szczęśliwsza po meczu, zdobywając dwadzieścia punktów, czy robiąc dziesięć czy piętnaście asyst, to ja bez wahania odpowiem, że będą to asysty. Ja tak właśnie czuję swoją grę. To mi sprawia największą radość. I właśnie nawet jak rozmawialiśmy o celebrowaniu rzeczy na boisku, to można zauważyć, że moja celebracja wychodzi głównie wtedy, kiedy ja dam podanie i ktoś inny zdobędzie punkty. Ja po swoich punktach rzadko tak świętuję. Może ostatnio z Bochnią tak celebrowałam, poszłam po prostu z takim flow. Natomiast dużo bardziej celebruję jednak punkty zdobywane przez koleżanki, szczególnie właśnie po moich asystach.

Mam tutaj cytat z 2019 roku. „Wiadomo, że Dominika może grać tylko na jedynce, więc będzie kreować grę, żeby współpracowała z zespołem najlepiej jak potrafi. Ale musi wrócić do swoich wejść pod kosz, które dobrze jej wychodzą, a o których ostatnio zapomniała”. Tak mówił wtedy trener Rusin przy okazji Twojego transferu do Ślęzy. Jest 2026, a z tymi wejściami na kosz dalej jest taka ambiwalentna relacja.
Korzystając z okazji, może przybliżę komuś, jak to wygląda z mojej perspektywy. Dużo ludzi pewnie się zastanawiało, że „Ona kiedyś tak grała, a teraz już tego nie robi”. Jest sporo rzeczy, które na to wpływają. Rozpoczynając od tego, że w mojej grze w młodości więcej było, powiedziałabym, takiej spontaniczności, porywczości czy ryzyka, które myślę, że z wiekiem jest naturalnie coraz mniejsze. Podejmuję teraz mniej ryzykownych akcji, po których po prostu dwie wysokie na mnie skoczą i będę się zbierać z podłogi. Może jest to jakaś kalkulacja tego, że szanuję swoje ciało. Wiem, ile ono już przeżyło i gdy miałam 22 lata i upadłam trzydzieści razy w meczu, to te trzydzieści razy się podniosłam. Jak mam trzydzieści dwa lata może być trochę ciężej! [Śmiech] Dalej często leżę na parkiecie, ale mam wrażenie, że ten element ryzyka po prostu w mojej grze trochę się zmniejszył. I może też tak to właśnie się kończy. Że takich, nawet nie chcę mówić szalonych, ale takich odważnych akcji jest po prostu mniej. Są też mecze, w których czuję się lepiej fizycznie i też więcej razy będę atakować kosz czy kreować stamtąd pozycje innym. Są mecze, w których po prostu czuję się fizycznie gorzej. Nie czuję się na tyle szybka i nie potrafię nawet sobie wykreować takich pozycji. Nie jest mi już tak łatwo czasem minąć, nie jest mi tak łatwo odnaleźć się w takich sytuacjach. Są takie momenty w sezonie, w których czuję, że jestem szybka i silna i wtedy jest mi łatwiej, a są takie momenty, kiedy tego nie ma. I wtedy właśnie bardziej zaczynam na przykład oddawać więcej rzutów za trzy, bo to daje większe szanse na sukces. Lepiej tak zagrać, niż gdzieś zaryzykować i wjeżdżać właśnie w tłum pod kosz. Pewnie jak byłam młodsza to wiele razy się to zdarzało i przynosiło to korzyść. Ludzie właśnie to pamiętają, że tak wjeżdżałam pod kosz, zdobywałam punkty, wymuszałam faule. Ale też pewnie było mnóstwo akcji, że mogłam może tego nie robić, że ktoś mógł powiedzieć „O Jezu, bez sensu weszła między trzy!”. Więc myślę, że to jest pewna większa dojrzałość w mojej grze. Robiłam z tego pewnie więcej strat, a teraz mam wrażenie, że tych strat generuję dużo mniej przez to właśnie, że zupełnie inaczej szanuję tę piłkę.

Właśnie o tej dojrzałości chcę porozmawiać, bo zbliża się niechybnie data kolejnych urodzin, a za pół roku zbliża się piętnaście lat działalności artystycznej na parkietach ekstraklasy. Więc pytanie ile paliwa ma w baku jeszcze Dominika Fiszer?
To jest dobre pytanie! Ja ogólnie czuję się świetnie. Jak mnie wcześniej zapytałeś, jak się czuję, to wiesz, że czuję się wspaniale, bo zaczął się mój ukochany miesiąc i rozpoczyna się wiosna i mam jeszcze dzisiaj dzień wolny, więc w ogóle cudownie. Czuję się dobrze, natomiast też widzę, że po prostu moje ciało z sezonu na sezon jest bardziej wyeksploatowane i akceptuję to. Jest dla mnie to naturalna kolej rzeczy, że właśnie w związku z tym, że jest to mój piętnasty sezon w ekstraklasie, to pojawiają się jakieś drobne urazy, czy bóle takie przemęczeniowe, które są po prostu już nieodłączną częścią sezonu. I pięć lat temu było tego mniej, teraz jest tego trochę więcej. Ale tak jak mówię, mam do tego myślę dużo akceptacji. Z wiekiem bardzo rośnie moja świadomość ciała i tego, jak muszę o to ciało zadbać holistycznie, po prostu żeby ono było gotowe, żeby sprostać trudom sezonu. Więc tak jak w sumie powiedziałam na początku, jeżeli moje ciało będzie mi pozwalać, jeżeli będę czuła, że ja mam nad nim kontrolę, a nie ono nade mną, to ja bardzo lubię to robić. Bardzo lubię uprawiać sport, bardzo lubię aktywne życie. Mam wrażenie że to paliwo cały czas jest albo że potrafię na bieżąco tankować i dolewać tak, żeby go w tym baku było wystarczająco dużo. Bo oczywiście były momenty w karierze, w których już go brakowało i wtedy właśnie pojawiały się kontuzje. I to też jest nieodłączny element sportu, ale też te kontuzje właśnie nauczyły mnie rozpoznawać te mniejsze lub większe sygnały. Umiem być ze sobą szczera i po prostu nie forsować siebie kiedy ciało mówi stop, tylko akceptować to.

To na koniec. Spotyka się trzydziestodwuletnia Dominika z siedemnastoletnią Dominiką, która wejdzie na swój pierwszy mecz ekstraklasy. Co starsza powiedziałaby młodszej powiedziała? Jakie rady, jakie wskazówki?

Starsza młodszej? Chyba powiedziałabym sobie, żeby szybciej odnaleźć radość z tego wszystkiego i celebrować te fajne momenty. Chyba to jest najważniejsza rzecz, bo jeżeli chodzi o etykę pracy, czy podejmowanie decyzji, to ja generalnie jestem bardzo okej z tym, co się działo w mojej karierze. Nie jestem też typem osoby, która rozpamiętuje, tylko raczej wierzę, że pewne rzeczy dzieją się po coś i wierzę, że mogę z tego wyciągać jak najlepsze rzeczy, a niekoniecznie koncentrować się na tym, czego zabrakło albo co mogło być inaczej w przeszłości. Staram się skupiać na tym, żeby kreować teraźniejszość, która później wpływa na przyszłość. Tak że wierzę w to, że jeżeli buduję swoje szczęście teraz, to ono będzie w przyszłości gdzieś tam ze mną. Życzyłabym sobie tej radości najbardziej. Tak. [śmiech] Mniej samobiczowania…

Żeby nie być swoim największym wrogiem.
Ujmowania sobie. Bardziej doceniać te dobre rzeczy. Oczywiście być świadomą, złych rzeczy, bo to też jest coś, co pozwala się rozwijać. To, że jesteśmy właśnie świadomi błędów, które popełniliśmy. Więc dużo radości i odwagi. Chociaż to myślę, że miałam i mam. Odwagi do tego, żeby te trudności pokonywać i wierzyć, że po prostu wyjdzie to na dobre.

Czyli budować radość na każdym etapie.
Tak jest, radość to jest moje główne przesłanie, żeby po prostu być szczęśliwym i radosnym!

Ćwierćfinał play-off z Energą

W ostatniej kolejce sezonu zasadniczego koszykarki Ślęzy Wrocław poznały rywala w ćwierćfinale fazy play-off sezonu 2025/2026 Orlen Basket Ligi Kobiet. Żółto-czerwone rozpoczną walkę o medale z Energą Toruń.

To będzie pierwsze spotkanie obu drużyn w decydującej fazie rozgrywek od sezonu 2017/2018. Wówczas to Ślęza była niżej notowanym zespołem, podchodząc do tamtej konfrontacji jako 5. drużyna sezonu zasadniczego. Zmagania w 2018 roku były spotkaniem dobrych znajomych, gdyż wtedy za sterami drużyny z grodu Kopernika był Algirdas Paulauskas, trener koszykarek 1KS-u w sezonie 2015/2016. Jego asystentem w zakończonej zdobyciem brązowego medalu kampanii był nie kto inny jak Arkadiusz Rusin. W Toruniu było 1:1 po zwycięstwie Ślęzy 71:61 i wygranej Energi 65:49. Wrocławianki wyciągnęły wnioski z porażki w drugim meczu i gdy rywalizacja przeniosła się do stolicy Dolnego Śląska, żółto-czerwone wygrały oba spotkania – 87:65 i 83:68. Wrocławianki zmotywowane wyeliminowaniem wyżej notowanego rywala sięgnęły ostatecznie po kolejny brązowy medal, w rywalizacji o ten krążek pokonując Wisłę Kraków.

Ślęza wygrała sześć ostatnich spotkań z Energą, w tym oczywiście dwa starcia sezonu zasadniczego 2025/2026. Obie drużyny spotkały się na inaugurację rozgrywek w Toruniu, gdzie wrocławianki zwyciężyły 66:60. Wejście smoka zanotowała wówczas Aleksandra Zięmborska, która dołączyła do zespołu ze stolicy Dolnego Śląska zaledwie kilka dni wcześniej. Skrzydłowa 1KS-u zdobyła wtedy 11 punktów i zebrała cztery piłki w zaledwie 12 minut. Rewanż we Wrocławiu również był meczem „Zięmby”, która do 16 oczek dołożyła 5 zbiórek i była najlepiej punktującą zawodniczką żółto-czerwonych w starciu wygranym 65:58.

Tradycyjnie już wszystkie etapy zmagań o medale (z wyłączeniem meczów o brązowy medal) rozgrywane są do trzech zwycięstw. Pierwsze dwa mecze tegorocznej rywalizacji odbędą się we Wrocławiu, trzeci pojedynek w Toruniu. Jeśli będzie taka potrzeba, czwarty mecz również odbędzie się na Kujawach, zaś ewentualne piąte starcie rozegrane zostanie w KGHM Ślęza Arenie.

HARMONOGRAM ĆWIERĆFINAŁÓW PLAY-OFF 2025/2026

1. mecz: Ślęza Wrocław – Energa Toruń, sobota, 21 marca 2026, KGHM Ślęza Arena
2. mecz: Ślęza Wrocław – Energa Toruń, niedziela, 22 marca 2026, KGHM Ślęza Arena
3. mecz: Energa Toruń – Ślęza Wrocław, środa, 25 marca 2026, Hala Spożywczak
ew. 4. mecz: Energa Toruń – Ślęza Wrocław, czwartek, 26 marca, Hala Spożywczak
ew. 5. mecz: Ślęza Wrocław – Energa Toruń, niedziela, 29 marca, KGHM Ślęza Arena

Ślęza mocno zakończyła sezon zasadniczy

Koszykarki Ślęzy Wrocław pokazały swoją siłę przed fazą play-off, pokonując Contimax MOSiR Bochnia aż 96:66. Żółto-czerwone rozpoczną walkę o medale starciem z Energą Toruń.

Wrocławianki potrzebowały niespełna trzech minut, żeby pokazać rywalkom, że choć trzecie miejsce było już zapewnione, to nie ma mowy o odpuszczaniu. Gdy trener Artur Włodarczyk prosił o czas, Ślęza prowadziła 11:2. Time-out nie pomógł koszykarkom z Bochni w odwróceniu losów rywalizacji. Wręcz przeciwnie, gospodynie wciąż utrzymywały wysoką intensywność po obu stronach parkietu, systematycznie powiększając swoją przewagę.

Przy kolejnej przerwie na żądanie, tym razem wziętej przez szkoleniowca 1KS-u, jego podopieczne prowadziły 20:5, a chwilę później było już 27:5. Żółto-czerwone w zasadzie rozstrzygnęły losy spotkania w zaledwie osiem minut, ale nie przeszkodziło im to w dalszym zdobywaniu punktów. Ostatecznie po pierwszej odsłonie na tablicy widniał wynik 34:11.

Tak okazała przewaga nie była dla Ślęzy sygnałem, żeby zwolnić. Wrocławianki dalej utrzymywały wysokie tempo, grały zespołowo w ataku i kreowały sobie wzajemnie dogodne pozycje do powiększania dorobku. Tuż po wznowieniu gry żółto-czerwone przeprowadziły serię 7:0, a w połowie drugiej kwarty prowadziły już 48:18. Dopiero wtedy dwukrotne mistrzynie Polski zdjęły nogę z gazu, ale ich rywalki nie były w stanie tego wykorzystać. Zawodniczki Contimaxu miały ogromne problemy ze zdobywaniem punktów, w pierwszej połowie trafiając tylko dziewięć rzutów. Dla porównania po 20 minutach Ślęza zamieniła na oczka 23 próby z gry.

Druga połowa spotkania nie miała większej historii. Niezależnie od tego, jaką piątkę desygnował na parkiet trener Arkadiusz Rusin, mógł liczyć na solidne wywiązywanie się z obowiązków przez każdą z zawodniczek. To wystarczyło do spokojnego kontrolowania wydarzeń na parkiecie. Koszykarki z Bochni wygrały czwartą kwartę, ale nie miało to żadnego wpływu na końcowy rezultat spotkania i okazały triumf 1KS-u w ostatnim meczu sezonu zasadniczego.

Będąc pewnym zwycięstwa, szkoleniowiec 1KS-u mógł spokojnie dać odpocząć chociażby G’mrice Davis, która i tak w niespełna 24 minuty do 19 punktów dołożyła 23 zbióki. 22 minuty w grze spędziła Ketija Vihmane, autorka 14 punktów i 4 asyst. Tylko Julia Jeziorna przekroczyła barierę 30 minut. Młoda obwodowa Ślęzy pod nieobecność chorej Aleksandry Mielnickiej wypełniła protokół meczowy, kończąc to spotkanie z 12 oczkami, 5 zbiórkami, 4 asystami i 1 przechwytem.

Wrocławianki w ćwierćfinale fazy play-off zagrają z Energą Toruń. To będzie pierwsze starcie obu drużyn w play-offach od 2018 roku, kiedy to Ślęza wyeliminowała torunianki w czterech meczach. Tamtą rywalizację o medale żółto-czerwone zakończyły na trzecim miejscu. Powtórka tego wyczynu to cel minimum, ale starcia z Energą zapowiadają się na zacięte. Pierwsze mecze 21 i 22 marca w KGHM Ślęza Arenie. Trzeci i ewentualny czwarty mecz zaplanowano na 25 i 26 marca w Toruniu. Gdyby zaszła konieczność rozegrania piątego meczu, odbędzie się on 29 marca w stolicy Dolnego Śląska.

Ślęza Wrocław – Contimax MOSiR Bochnia 96:66 (34:11, 23:15, 24:19, 15:21).
Ślęza: Davis 19, Vihmane 14, Jeziorna 12, Kraker 11, Fiszer 10, Strautmane 10, Zięmborska 9, Kulińska 8, Jasik 3. Gajda, Wołowiec DNP.
Contimax MOSiR: Jones 15, Karakasidou 12, Walczak 11, Moore 8, Marcinkowska 7, Bukowczan 5, Jarząb 5, Dżochowska 2, Zając 1, Ossowska, Gołas 0.

Ślęza nie ma presji, Contimax nie ma nic do stracenia

W niedzielę, 1 marca o godzinie 17:00 koszykarki Ślęzy Wrocław zakończą sezon zasadniczy Orlen Basket Ligi Kobiet. Żółto-czerwone zagwarantowały sobie 3. miejsce po tej fazie rozgrywek, a ich rywalki, Contimax MOSiR Bochnia, muszą wygrać aby zachować szansę na grę w play-offach. Zapowiada się kolejne emocjonujące starcie w KGHM Ślęza Arenie.

Przed ostatnią kolejką sezonu zasadniczego Orlen Basket Ligi Kobiet wciąż pozostaje kilka niewiadomych. Wciąż nieustalona jest kolejność zespołów na miejscach 4-11, choć kilka rozstrzygnięć jest bardziej prawdopodobnych niż innej. Wszystko wskazuje na to, że Ślęza Wrocław w ćwierćfinale fazy play-off zmierzy się z Energą Toruń, choć szanse na zajęcie szóstej lokaty mają także koszykarki VBW Gdynia. Musiałyby jednak wygrać z bardzo rozpędzonym MB Zagłębiem Sosnowiec, a Energa musiałaby przegrać z Artego Bydgoszcz. Jest to oczywiście możliwe, bo nie takie historie widział świat sportu, lecz patrząc obiektywnie, Energa powinna pokonać będące już bez szans na play-off Artego, zaś porażka Zagłębia z VBW byłaby dużą sensacją.

Niezależnie od tego, na kogo trafi Ślęza, w niedzielnym meczu na żółto-czerwonych nie ciąży żadna presja. Wrocławianki będą chciały jednak mocno zakończyć sezon zasadniczy i budować pewność siebie przed walką o medale. Potknięcie w starciu z beniaminkiem z Bochni nie będzie miało konsekwencji w zakresie układu tabeli, może jednak mieć negatywny wpływ na morale zespołu przed trwającą trzy tygodnie przerwą na mecze reprezentacyjne. W pierwszym meczu obu drużyn żółto-czerwone pokonały Contimax MOSiR 89:66 i był to najgorszy występ ofensywny zespołu z Małopolski na własnym parkiecie. Podopieczne Artura Włodarczyka mają szóstą najlepszą ofensywę Orlen Basket Ligi Kobiet, ale pod kątem straconych punktów znajdują się na 2. miejscu od końca, ustępując tylko czerwonej latarni z Jeleniej Góry. To właśnie problemy w obronie kosztowały drużynę z Bochni parę punktów i sprawiły, że przed ostatnią kolejką nie mają losu w swoich rękach.

Bocheńskie koszykarki będą jednak bić się o każdą piłkę i na pewno spróbują powalczyć o zwycięstwo w KGHM Ślęza Arenie. Trener Włodarczyk swoją ofensywę opiera przede wszystkim na dwóch koszykarkach z USA. Sierra Moore dołączyła do drużyny w trakcie sezonu i z miejsca stała się najlepszą strzelczynią zespołu, notując 18.5 punktu i 8.3 zbiórki. Na obwodzie bryluje Britney Jones, była koszykarka Ślęzy Wrocław. Zawodniczka, która w 2019 roku zagrała osiem spotkań w żółto-czerwonych barwach, prezentuje się ze znakomitej strony w drużynie Contimaxu MOSiRu. 39-letnia obwodowa do 16 oczek dokłada 3.4 asysty, a do tego trafia 39,4 proc. swoich rzutów z dystansu. Najlepszy sezon w karierze rozgrywa także Martyna Walczak. 25-letnia podkoszowa spędza na parkiecie blisko 30 minut, w tym czasie rzuca blisko 15 punktów i zbiera niemal 9 piłek, trafiając 37,5 prób zza łuku.

Ważne role w rotacji odgrywają także Marta Marcinkowska (8.6 pkt, 2.8 zb) oraz Greczynka Lilia Karakasidou (7.1 pkt, 1.3 as). Obowiązki koszykarki młodzieżowej pełnią głównie Alicja Jarząb i Kornelia Bukowczan, a po transferze z Jeleniej Góry na parkiecie w tej roli pojawia się również Karolina Dżochowska. Dużą stratą dla drużyny z Bochni jest kontuzja Marty Wdowiuk, innej byłej koszykarki Ślęzy Wrocław. Słynąca z ogromnej determinacji i zaangażowania zawodniczka doznała urazu podczas meczu z VBW Gdynia, który wykluczył ją z reszty rozgrywek. Wdowiuk na przestrzeni 25 minut zdobywała 8.3 punktu i zbierała 6.5 piłki.

Koszykarki z Bochni nie będą miały w niedzielę nic do stracenia i zrobią wszystko, co w ich mocy, żeby pokonać Ślęzę. O tym, że stać je na zacięte boje z zespołami z czołówki przekonały się już drużyny z Gorzowa Wielkopolskiego i Lublina. Na inaugurację Contimax MOSiR wygrał z KSSSE Eneą AJP 81:76, a kilka tygodni temu był bardzo blisko powtórzenia tej sztuki w Lublinie, przegrywając z AZS-em UMCS-em zaledwie 74:76. Przed Ślęzą zatem trudne spotkanie, w którym trzeba będzie zachować pełną koncentrację. Czy wrocławianki poradzą sobie z tą sytuacją, choć nie będzie na nich ciążyć presja? A może to beniaminek sprawi kolejną niespodziankę i rzutem na taśmę zamelduje się w fazie play-off? Wszystko będzie jasne w niedzielę około godziny 19:00.

Spotkanie Ślęzy z Contimaxem MOSiR Bochnia będzie miało specjalny charakter. W KGHM Ślęza Arenie odbędzie się dzień meczowy realizowany pod szyldem kampanii społecznej #PijKranówkę prowadzonej przez MPWiK Wrocław. Organizatorzy przygotowali moc atrakcji i konkursów dla kibiców. Jednym z zadań jest zaprojektowanie transparentu łączącego wsparcie Ślęzy i kampanię #PijKranówkę. Początek meczu w niedzielę o godzinie 17:00, bilety w cenie 30 i 15 zł można kupić za pośrednictwem platform Empik Bilety oraz Going., a także w dniu meczu w kasie hali. Dzieci do 6 roku życia wchodzą na trybuny za darmo, wystarczy pobrać bilet w kasie hali. Transmisję z meczu będzie można zobaczyć na platformie emocje.tv w systemie PPV. Miesięczny abonament kosztuje 34 zł, dzienny pakiet 15 zł.

Spokojne zwycięstwo w Bydgoszczy

Ślęza Wrocław bez większych trudności pokonała Artego Bydgoszcz w meczu 21. kolejki Orlen Basket Ligi Kobiet. Wygrana zagwarantowała żółto-czerwonym trzecie miejsce po sezonie zasadniczym.

Przed meczem kapitan Ślęzy, Digna Strautmane, podkreślała wagę mocnego startu i narzucenia swoich warunków gry. Łotyszka wraz ze swoimi koleżankami zrealizowała te założenia i wrocławianki po czterech minutach prowadziły 8:3. Choć po tym dobrym początku żółto-czerwone nieco zwolniły, to i tak były w stanie kontrolować przebieg wydarzeń na parkiecie. Prowadzenie przez całą pierwszą kwartę oscylowało w okolicach dwóch-trzech posiadań, osiągając nawet 9 punktów.

Bydgoszczanki na samym początku drugiej kwarty zmniejszyły swoje straty do czterech oczek, ale to był ostatni moment, w którym zbliżyły się do Ślęzy na tak mały dystans. Aleksandra Zięmborska wykończyła kontratak na 24:18, a po tej akcji żółto-czerwone dołożyły jeszcze 11 punktów bez odpowiedzi rywalek i odskoczyły im na 17 punktów.

Koszykarki Artego za sprawą trzech udanych akcji Amelii Pawlikowskiej odrobiły sześć oczek, ale ostatni akcent pierwszej połowy należał do wrocławianek, które odbudowały swoją okazałą przewagę. Podopieczne Arkadiusza Rusina schodziły na przerwę przy prowadzeniu 48:30.

Pierwsze fragmenty drugiej połowy należały do gospodyń. To był dla nich zdecydowanie ostatni dzwonek na to, aby chociaż spróbować nawiązać walkę ze Ślęzą. Choć wynik trzeciej odsłony otworzyła G’mrice Davis, kolejne dziewięć punktów zapisało sobie Artego, zmniejszając straty do 11 punktów. Trener Arkadiusz Rusin nie wziął czasu w tym fragmencie gry, robiąc to dopiero ponad dwie minuty później, gdy atak Ślęzy nadal nie funkcjonował tak, jak powinien.

Rozmowa z zespołem przyniosła efekt i Ślęza wróciła na właściwą ścieżkę. Żółto-czerwone po wskazówkach od swojego szkoleniowca przeprowadziły serię punktową 11:2, czym definitywnie rozstrzygnęły losy meczu. Na 3 minuty przed końcem prowadziły 65:42 i do rozstrzygnięcia był tylko końcowy rezultat spotkania. Po rozpoczęciu czwartej kwarty koszykarki 1KS-u powiększyły swoją przewagę do 34 oczek i gdyby nie dwie trójki młodych zawodniczek Artego w samej końcówce, Ślęza drugi mecz z rzędu rozstrzygnęłaby właśnie różnicą ponad 30 punktów.

To jednak oczywiście byłaby tylko ciekawostka. Najważniejsze dla wrocławianek jest to, że z Bydgoszczy wywiozły zwycięstwo, czym zapewniły sobie trzecie miejsce po sezonie zasadniczym. Trener Rusin może zatem inaczej rozplanować ostatni tydzień tego etapu rozgrywek i podejść do niego z myślą o fazie play-off. Kwestią do rozstrzygnięcia pozostaje to, przeciwko komu Ślęza powalczy o awans do najlepszej czwórki Orlen Basket Ligi Kobiet. Rywalem żołto-czerwonych będzie ktoś z pary Energa Toruń – VBW Gdynia.

Artego Bydgoszcz – Ślęza Wrocław 61:88 (14:20, 16:28, 16:21, 15:19).
Artego: Taylor 14, Pawlikowska 11, Michałek 8, Maławy 8, Pokk 6, Keller 4, Sobiech 3, Szymkiewicz 3, Jones 2, Pawłowska 2, Perzyna, Uziałło 0.
Ślęza: Davis 23, Zięmborska 15 (12 zb), Vihmane 11, Kraker 9, Mielnicka 8, Jeziorna 8, Kulińska 7, Strautmane 5, Fiszer 2, Jasik DNP.