Weronika Gajda: „Koszykówka cały czas sprawia mi dużą radość”
Rozgrywająca Ślęzy Wrocław, Weronika Gajda, w długiej rozmowie opowiada między innymi o procesie powrotu do zdrowia, tęsknocie za koszykówką i motywacji do dalszego grania.
Pierwsze pytanie, bardzo ogólne: jak się obecnie ma Weronika Gajda?
Wiesz jak to bywa, są wzloty i upadki. Jest jakby dobrze, choć myślałam, że będzie trochę lepiej, ale to chyba przez pryzmat zmęczenia i zmęczonej nogi.
Ale abstrahując od zmęczenia, ogólnie raczej wszystko zgodnie z planem, tak?
Tak, wszystko idzie zgodnie z planem, nawet trochę szybciej niż niedawno zakładaliśmy. Ale wczoraj mi Bartezik (Bartosz Pasternak, trener przygotowania motorycznego – red.) pokazał jedną rzecz, którą muszę jakby przeskoczyć mentalnie i nerwowo. Mój organizm się jakby w tej sytuacji blokuje. Niby nic takiego – skok na jedną nogę. Cała filozofia: skoczyć i upaść na ugiętą jedną nogę. Gdzieś tam pracujemy nad tym, ale to wciąż rzecz do zrobienia.
Czyli pomimo tego, że to już jednak parę różnych urazów przeszłaś, to cały czas ten organizm reaguje inaczej i ta bariera pozostaje.
No właśnie zaskoczył mnie, że reaguje zupełnie inaczej, bo to jest mój trzeci zabieg na kolano. Wcześniej miałam jakieś kosmetyczne, delikatne rzeczy. Fakt faktem, nie miałam nigdy pięciu czy sześciu tygodni bez obciążania nogi. I to chyba robi wielką, ogromną różnicę. Bo tak jak wcześniej wychodziłam po zabiegu łękotki, to od razu się chodziło bez kul i wiadomo, mięśnie pracowały, funkcjonowało gdzieś to normalnie. Potem była kwestia odbudowy mięśnia, a tu przez to, że byłam wyłączona przez te sześć tygodni, to mój organizm, moje nerwy przestały z mózgiem funkcjonować i z nogą, żeby zginać kolano, jak skaczę. No i to jest jakiś malutki problem, ale do wyćwiczenia, więc ćwiczymy! [śmiech]
Można w takim razie powiedzieć, że to wszystko jest bardziej w sferze przygotowania motorycznego. Koszykówka wciąż zostaje na nieco dalszym planie.
To jest tak, że mięśniowo, jeżeli chodzi o siłę mięśnia i wszystkiego co z tym związane jestem gotowa. Tylko sam mechanizm skoku jest problematyczny. Chodzi o to, żeby zawiasy w kolanie działały dobrze. Na lewą nogę skoczę i jest pięknie, piękny telemark jak Adam Małysz, a na prawą jest trochę za mało zgięcia, więc tylko to. Ale to jak Bartez powiedział, wszystko się musi zmienić mentalnie. Mój układ nerwowy musi zafunkcjonować, bo te połączenia były wyłączone dłuższy czas, bo nie było można tego robić. Jeszcze do tej pory nawet nie robię pełnego zgięcia, bo tylko robię do dziewięćdziesięciu stopni w obciążeniu pełnym już wszystko. Ale to też nie jest jakby dla układu nerwowego normalne, bo inaczej się pobudza, jak funkcjonuje w całym zakresie. Dlatego to przyspieszamy i z dnia na dzień jest coraz lepiej. W poniedziałek nie mogłam wcale skoczyć, dzisiaj już nawet wpół ugięte są te nogi, więc lepiej. [śmiech]
To przychodzi po prostu z czasem i z powtórzeniami, prawda?
Tak, tak, tak. Tylko że to jest tak dziwnie, że na początku właśnie w poniedziałek stanęłam nad materacem i Bartez mówi: „Wskocz na to”. A ja stoję na tej nodze i myślę „Ale jak?”. Na lewą skaczę normalnie. Mówi: „No tak samo jak lewą”. I ja chcę to zrobić, a moja głowa tak jakby nie wiem, się jakoś blokowała i nie pozwalała mi skoczyć. Musiałam się do tego mocno zmusić, przełamać to w sobie. Zajęło mi to chyba z trzy minuty, zanim wskoczyłam na ten materac, ale z każdym następnym skokiem było już lepiej. Śmiałam się wczoraj z trenerem Arkiem, bo gdy przy nim Bartez kazał mi skoczyć, to wskoczyłam od razu. Ja mówię: „No nie, no, trener Arek patrzy, to od razu idzie robota”. [śmiech]
To jest taki ostatni ważny punkt do, nomen omen, przeskoczenia? Bez tego nie ma szans, żeby iść dalej?
Nie ma, ale plan jest taki, żeby w tym tygodniu zostawić to za sobą i w poniedziałek wejść już głównie w koszykówkę.
Były inne momenty, w których pojawiała się chwila zwątpienia albo coś takiego, że sfrustrowałaś się, że poszło nie tak, że to wszystko idzie może za wolno?
Jak się w ogóle dowiedziałam, to byłam strasznie wkurzona, że stało się to jeszcze na samym początku przygotowań, w ogóle zanim zaczęłam z dziewczynami dobrze trenować. Bo ile zrobiłam – trzy treningi? Byłam wkurzona na to, że w ogóle się to przytrafiło, że nie wpadłam na to, że coś może się dziać. Wiadomo, że to też nie jest coś normalnego wpaść na taką rzecz po sezonie, zrobić rezonans i sprawdzić, czy z tymi nogami nic się nie dzieje. Wtedy nic mnie nie bolało, nie było żadnych sygnałów. Przy wcześniejszych dwóch urazach kolana, które miałam, to w trakcie końcówki sezonu coś tam dokuczało i wysyłano mnie na rezonans. Okazywało się wtedy, że coś jest do zrobienia. No i przez wakacje można było to zrobić i wrócić do siebie. Obstawiam nawet, że większość osób w Polsce nawet nie wie, że przed tym urazem miałam już dwa razy kolano operowane.
Więc wtedy było idealnie, a teraz nie mogłam przeżyć, że tym razem też tak się nie stało, że nie zaświeciła mi się lampka w głowie. Że nie pomyślałam „Ty, no, coś tam trzeba by sprawdzić”. . To był pierwszy kryzys. Potem, jeszcze przed zabiegiem, gdy przychodziłam na treningi i widziałam, jak dziewczyny trenują, to aż płakać mi się chciało. Nie mogłam usiedzieć w hali, więc pojechałam do domu! Nasz fizjoterapeuta Andrzej powiedział: „Dobra, jedź do tego domu lepiej”. [śmiech]
A teraz już po zabiegu, po tym wszystkim, cały czas są wzloty i upadki. Są takie dni, gdzie w ogóle mam taką nogę świeżą, że mogę zrobić wszystko, podźwigać dobrze, pobiegać i na luzie porobić to, co powinnam. Z drugiej strony jest taki dzień jak dzisiaj, gdzie już miałam mieć dłuższy trening, ale noga jest tak już zmęczona, że wszystko mnie boli. Dostałam nowe impulsy, zmieniły się nieco mechanizmy i pojawił się ból. W sensie to jest taki ból przyjemny, bo wiem, że żyję. Wiem, że mięśnie pracują i to jest dobre. Ale frustruje i denerwuje mnie to, że jeszcze nie mogę więcej.
A Ty przecież masz w sobie ten gen, że jeszcze więcej, jeszcze więcej. Cały czas coś i widać po Tobie, że okropnie Cię nosi.
Dokładnie! Jak dwa tygodnie temu przebrałam się w strój w Krakowie, to już mnie zaczęło nosić, bo już miałam wielką ochotę do gry i mówiłam do dziewczyn: „No ja za tydzień gram, nie?” [śmiech] No ale jeszcze nie. Jeszcze trochę.
Jak ciężko jest właśnie mieć w sobie ten hamulec?. Z jednej strony głowa chce, emocje są, ale ten hamulec trzeba mieć, bo wszystko się musi jednak zaleczyć, żeby było w pełni gotowe.
Dokładnie. Teraz to jestem tak pośrodku… głowa i serce bardzo chce. I dopóki mi Bartez czasami nie udowodni, że jednak nie do końca mogę, to bym się z nim kłóciła! Ale on zawsze mi gdzieś jeszcze wytknie: „No, jeszcze trzeba by nad tym czy tamtym popracować „. No ale to chyba jest dobre, mieć takiego stopera, który właśnie mi pokaże, że nie za szybko, bo jak za szybko, to jeszcze się może coś wydarzyć. To by było bez sensu, pospieszyć się, a potem mieć z głowy znowu dłuższy okres. Więc spokojnie, celujemy w pełną gotowość na play-offy i to jest najważniejsze. Już jeden mecz w tą czy w tą nie zrobi mi różnicy. A dla mnie kluczowe jest, żeby być z dziewczynami na play-offach.
No właśnie, wyjaśnijmy sytuację. Jesteś w składzie meczowym, więc formalnie jesteś gotowa do gry, ale praktycznie musiałby się naprawdę kataklizm wydarzyć, żebyś Ty chociaż stanęła w meczu na parkiecie?
Śmiałyśmy się z Olcią Mielnicką podczas meczu z Poznaniem, gdzie tam było kilkadziesiąt sekund do końca i już wszystkie dziewczyny weszły, nawet Iga Jasik i Ola się śmiała do trenera: „Trenerze, jeszcze Wera, jeszcze Wera”. On tak na mnie spojrzał, się uśmiechnął i tak pokiwał głową. Nie, jeszcze nie, [śmiech] Ale się śmiałyśmy, że może te pięć sekund chociaż? [śmiech]
To już by był taki znak, sygnał dla głowy.
No wiadomo, dla mnie to byłaby taka frajda, że ło! Że fajnie, że byłam w meczu i że chociaż na chwilkę na tym parkiecie w akcji. W tym samym meczu z Poznaniem, o którym mówiłam przed chwilką w pierwszej czy w drugiej kwarcie wpadła piłka na naszą ławkę. Ja tą piłkę złapałam i mówię: „Jezus, mam tą piłkę meczową!” [śmiech] I po prostu się z tego cieszyłam. Zwykłe dotknięcie piłki meczowej to już było coś dla mnie fajnego, co mi sprawiło radość.
Wspomniałaś o urazach w off-seasonie, więc teraz ten obecny to pierwszy taki poważny w trakcie rozgrywek. Jak bardzo ci tej koszykówki brakuje?
Bardzo mi brakuje i tego nie da się opisać. Masz coś, co bardzo lubisz robić i nagle tego nie możesz zrobić, dotknąć nawet, tylko możesz o tym tylko pomyśleć. A jak nawet o tym myślisz, to się wkurzasz na to, że nie możesz tego zrobić. Zawsze myślałam, że odnajdę się poza koszykówką, że gdy przyjdzie ten moment na koniec grania, to jakoś się z tym pogodzę. Ale przeżywając tę kontuzję, to absolutnie nie jestem pewna, czy dam radę. Nie wiem, co zrobię, gdy przyjdzie faktycznie ten moment, że już powinnam na przykład skończyć. Bo już będę już w takim wieku, że mój organizm faktycznie już mi nie pozwoli albo już będzie wypadało skończyć, no bo wiadomo też, że nie będę grała do pięćdziesiątki. [śmiech]
A czemu nie? [śmiech]
[śmiech] Nie no teraz to się śmieję, ale wiadomo, że przyjdzie ten wiek, w którym różnica będzie za duża. Już teraz mam taką małą różnicę między mną a dziewczynami w drużynie, więc gdzieś tam myślę, że prędzej czy później to nastąpi. Wiesz, parę lat i to już będzie duża przepaść między nami. Teraz, na dziś, to ja dopóki nie dostanę piłki do ręki, dopóki nie mogę być nawet w pełni w rozgrzewce to cały czas brakuje. Wszyscy moi znajomi, nawet z czystej ciekawości piszą do mnie i rozmawiają ze mną. Bo wiadomo, oni oglądają mecze, i oni się tak bardzo nie mogli doczekać, żeby mnie zobaczyć w akcji, jak ja będę biegać na tym parkiecie, po prostu na tej rozgrzewce. Wszyscy pisali: „Jezu, jaka ty znowu uśmiechnięta, jaka ty jesteś szczęśliwa. O Boże, dawno takiego uśmiechu nie było”, więc to mnie cały cieszy.
Mówisz o tym uśmiechu. Trudno było zachować pozytywne nastawienie przez to wszystko, gdzie siedzisz cały czas z boku i nie masz aż takiego wpływu na grę?
Ja się bardzo mocno czuję częścią zespołu. Czuję się częścią tego, że jak wygrywamy czy przegrywamy, to jestem z dziewczynami. Okej, nie uczestniczyłam z nimi regularnie w treningach, ale one wiedzą, że mogę im coś podpowiedzieć, że mogę porozmawiać z trenerem. Staram się je wspierać, czasami zauważę coś do zmiany, żeby im było trochę łatwiej. I one to naprawdę doceniają i dają mi do zrozumienia, że chcą mnie w zespole. Jestem z nimi i pomagam im jak mogę, a dzięki temu czuję się jak dziewczyna z drużyny, która przykłada tę małą, symboliczną cegiełkę do każdego zwycięstwa, do każdego sukcesu.
Czyli oglądałaś wszystkie mecze, byłaś cały czas w kontakcie z zespołem, przekazywałaś wskazówki.
Czasami pisałam do niektórych dziewczyn. Przekazywałam na początku sezonu dużo wskazówek Katce [Ketiji Vihmane – red.], żeby łatwiej było się jej odnaleźć w klubie, w systemie trenera i tego, jak funkcjonujemy. I widać było, że wykorzystuje te podpowiedzi, że jej to pomaga. Wiadomo, że dużo mówiłam też Oli Mielnickiej, ale to inna sytuacja, bo mieszkamy razem więc to oczywiste, że funkcjonujemy nieco inaczej. I oczywiście jestem dostępna dla każdego podczas meczów domowych, tam naturalnie często się udzielam.
Jak twoim zdaniem Ślęza wygląda jako drużyna? Jesteś na treningach, jesteś na meczach, ale nie grając masz nieco inną perspektywę i spojrzenie na sprawy.
Na pewno jesteśmy wciąż nierównym zespołem. Wciąż widać sinusoidę w naszej grze. Potrafimy zagrać na przykład rewelacyjne, bajkowe mecze w pucharze z Lublinem, czy z Gorzowem. Puchar pucharem, bo dziewczyny w ogóle tam zagrały trzy rewelacyjne spotkania. Oglądałam to, co się tam i mówię: „Kurczę!… To jest mój zespół! Gdzie one do tej pory to wszystko chowały?”. To była naprawdę rewelacja. A później przyszedł ten pierwszy mecz po pucharze i znowu zabrakło nam skuteczności.
Myślę, że to nasza największa bolączka. Skuteczność rzeczywiście nie jest najwyższa i z tym przez cały sezon się borykamy. Obronę mamy super i potrafimy się w niej odnaleźć, zorganizować i utrudnić przeciwnikowi życie. W ataku jest momentami nieco większy chaos. Ale i to zaczyna się zmieniać, potrafimy pobiec raz czy dwa do kontry. Na początku to tak nie funkcjonowało, a teraz zaczyna się pojawiać. W trakcie meczu są te dwa fajne passy na kontrę puszczone. Niekoniecznie zawsze w wykonaniu rozgrywającej, ale chociażby Diggy też potrafi dać pass, więc to fajnie funkcjonuje. Jak jeszcze przełamiemy się rzutowo, to będzie świetnie. Ale widzę, że to się też zaczyna. Niektórzy wchodzą w sezon w świetnej formie, a później przychodzi co do czego i się spalają. A ja mam nadzieję, że u nas w tym roku będzie tak, że idziemy pomalutku, wspinamy się i wspinamy i że jak przyjdą play-offy, to pokażemy zespół, który był w Sosnowcu na Pucharze, bo taki zespół bym chciała cały czas oglądać. I wiem, że naprawdę mamy na to warunki, żeby grać. Zresztą dziewczyny to doskonale udowodniły.
Wspomniałaś o kontrach. Uczuliłaś dziewczyny, że muszą coraz więcej biegać? No bo zaraz wrócisz, a to automatycznie oznacza trochę biegania.
Zdarzyło się już parę razy, że gdzieś tam Zięmba [Aleksandra Zięmborska] czy Zuzia [Kulińska] do mnie przyszły i mówią: „Jezu, Mama, wracaj już, bo my chcemy pobiegać, tak za tobą tęsknimy”. To samo kiedyś Mehryn – któregoś razu przyszła i mówi: „Wiesz, bo dziewczyny mi mówiły, że jak już wejdziesz, to ja już muszę mieć ręce cały czas przy twarzy, bo ty nawet nie wiesz, kiedy podasz, a ta piłka może nagle do mnie trafić, nawet jak nie będę się spodziewać”. To musiałam jej odpowiedzieć zgodnie z prawdą, że tak może być, więc musi być przygotowana, bo czasami nie wiem, że chcę podać, a podam. To bardzo fajne, że dziewczyny chyba już myślą o tym tak samo i nie mogą się doczekać tak jak ja. [śmiech]
Wrócę jeszcze na chwilę do tego braku skuteczności, bo to jest coś, na co ludzie często zwracają uwagę. Skąd to się twoim zdaniem bierze i czego to jest przyczyna?
Powiem Ci, że bardzo trudno jest to jednoznacznie określić. Naprawdę nie wiem. Może… Czasami mam podejrzenie, że gdzieś dziewczyny mają chyba więcej stresu, jak grają pod presją, jak coś muszą udowodnić. No bo na Pucharze, nie oszukujmy się, no nikt nie oczekiwał, nikt się nie spodziewał takiego rezultatu. Tam nie byłyśmy faworytem, tam po prostu coś zaskoczyło. I to wydarzyło się na takim luzie, że one się wyciszyły i po prostu zagrały. Bawiły się tą koszykówką i poszło im znakomicie. A w lidze jak są takie ważniejsze mecze to bywa różnie. Chociaż z Poznaniem bardzo fajnie sprostały wyzwaniu, dźwignęły temat i dało to zwycięstwo. Ale tu też sytuacja była nieco inna, bo nie było z nami G’mrice Davis.
Każdy musiał wziąć na siebie więcej.
Dokładnie, trzeba było wziąć na siebie więcej, unieść tę odpowiedzialność, więc może też to nam pomogło. No ale nie wiem, może faktycznie ta presja, może gdzieś sobie dziewczyny ją narzucają z góry, bardzo chcą coś udowodnić. Na przykład, tak jak po Pucharze. Od razu był mecz z Lublinem, gdzie wszyscy oczekiwali: „A dobra, wygrałyśmy z nimi na Pucharze, to na pewno tu z nimi wygramy”. I może gdzieś tam dochodziły do nich jakieś sygnały, że każdy oczekuje, że będzie popis i zwycięstwo.
A odchodząc troszeczkę od koszykówki, jaki to jest zespół poza parkietem? Jak, oceniasz atmosferę i jak to wszystko wygląda gdzieś tam z dala od basketu?
Dogadujemy się, spotykamy się, [śmiech] potrafimy się pobawić wspólnie. Ostatnio miałyśmy dzień sushi, więc było fajnie. Gdzieś tam dziewczyny przyszły, pokupowały, porobiły, kręciły te rolki wszystkie, więc było fajnie, miło. Jesteśmy zżyte, ale też bym nie powiedziała, że to jest tak, że zawsze i wszędzie jesteśmy wszystkie razem. Są tradycyjnie jakieś grupki w tym roku, jesteśmy podzielone na trzy, cztery takie elementy, ale jak przychodzi co do czego, to chętnie się spotykamy, spędzamy razem czas. Budowanie zgrania, chemii i zrozumienia to jest proces. Ale na pewno z każdym dniem docieramy się coraz bardziej.
Wrócę jeszcze na chwilę do Ciebie i Twojej drogi do powrotu. Co Cię jeszcze motywuje, co cię jeszcze napędza? Wiadomo, że ten rehabilitacja to swoją drogą, no ale to na pewno nie jest wszystko. Gdzie jest jeszcze źródło pasji i motywacji?
Wcześniej grałam dziewięć lat w innym zespole i tam przyszła już taka rutyna, że się przychodziło po prostu i robiło swoje. Myślę, że jak większość ludzi ma tak w swojej pracy, że musi przyjść, musi porobić i tak dalej, że wszyscy tam wiedzą, na co cię stać i nie trzeba się, powiedzmy, mocniej wysilać niż zazwyczaj. Ale jak się zmienia otoczenie, to się dodaje, dostaje takiego wiatru w skrzydła, że za każdym razem chce się udowodnić i podziękować za to, że ktoś cię chce. Ślęza mnie tutaj przygarnęła do siebie, to chcę się cały czas odwdzięczyć za zaufanie i napędzam siebie, że pokazać się z najlepszej strony. Koszykówka cały czas sprawia mi dużą radość, cieszę się że mogę mieć w rękach piłkę. Nakręca mnie reakcja kibiców po udanych akcjach, cieszę się ich wsparciem niezależnie od wyniku. Mam non stop dopływ adrenaliny i to myślę, że to samo w sobie jest motywujące. Więc dla mnie chyba po prostu sama ta zmiana, że do was tutaj doszłam w tamtym roku, że mogłam się pokazać i myślę, że fajnie mi to wyszło. No i oczywiście wiatru w żagle mi dodaje też fakt, że w tym roku znowu jestem do tyłu, bo wyszło jak wyszło. I przez to ponownie mam ten taki motorek na nowo napędzony, że trzeba to odpracować, więc nie mogę się doczekać powrotu.
Myślę, że nie tylko Ty i zespół nie możecie się doczekać. Czekają też na ciebie kibice Ślęzy. Bo i w komentarzach na Facebooku i podczas rozmów w halach podchodzą, dopytują. Jak ta relacja z kibicami wygląda?
Mamy tutaj ekstra kibiców, którzy naprawdę dbają o zawodniczki. Wspierają nas, nawet nawet jak nam się podwinie noga, to oni nigdy nie oceniają gdzieś tam publicznie w mediach społecznościowych czy gdzieś indziej. U nas to działa wręcz w drugą stronę, mówią „Nie poddawajcie się, każdemu się może zdarzyć”. A jeśli chodzi o mnie, to cały czas dopytują się, kiedy będę, bo się doczekać nie mogą. Mówią: „O, oszukałaś nas trochę, bo mówiłaś, że w styczniu”! No bo gdzieś tam trochę im tak mówiłam, że może w styczniu wejdę, bo tak myślałam, że się uda. Więc sama siebie też zaskoczyłam, że nie do końca wyszło. Bardzo, bardzo miło mi jest, gdy kibice przychodzą na meczach. Tak jak w Krakowie, gdy weszli na trybunę i zobaczyli mnie w stroju, to od razu mówili: „Jezu, Wera, w końcu jesteś w tym stroju. Ekstra!” Ja mówię: „Nie, no, cieszę się”, ale po cichu tak mówię do Andrzeja: „Andrzej, tylko im powiedz, że ja nie będę grała, żeby nie było, że będą czekać”. [śmiech] Naprawdę mamy ogólnie jako zespół bardzo dobre relacje z naszymi kibicami. Widać doskonale, że oni zawsze przychodzą, przybiją piątki, robimy z nimi zdjęcia. I myślę, że wiele drużyn może nam pozazdrościć takich kibiców.
A propos „czekamy” i tego powrotu w styczniu. Czy teraz jest wyznaczona konkretna data powrotu? Czy może nie ma, żeby, absolutnie żartując, kibice cały czas przychodzili bo to może być ten mecz”
Gdzieś tam z Bartezem, Andrzejem i trenerem Arkiem celujemy w gotowość na pierwszego marca. W ten ostatni mecz sezonu zasadniczego. To już ma być to, wtedy chciałabym być już na 110 procent gotowa. Ale wiadomo, że mnie ciągnie do szybszego powrotu. I gdzieś tam daje mi Bartez nadzieję, że jakby wszystko poszło zgodnie z planem i w kierunku gotowości, to może pogada z trenerem, żeby to się stało wcześniej.
Tak, żeby jeszcze chwilkę złapać tego meczowego rytmu przed play-offami i poczuć znowu te wszystkie emocje z innej perspektywy?
Dokładnie, ale wiadomo, że to wszystko na zasadzie: bez szaleństw, bez jakichś gwałtownych, dziwnych rzeczy. Tylko pokazać swoje, coś pokreować, wypuścić parę kontrataków, tak nieco bardziej statecznie pograć. Ale żeby dostać jednak te dwie minuty w meczu. Bo trzeba złapać tę komunikację z dziewczynami. Wiadomo, że jak się je ogląda, to niby wiesz co kto lubi, ale potem wychodzi w praniu nieco inaczej. A przecież w play-offach nie ma miejsca na eksperymenty i błędy, więc istotne będzie przekonać się, czy będę w stanie wejść w mecz i pomóc na tyle, żeby przynieść korzyści i żeby to dobrze funkcjonowało.
No tak, bo z tyłu głowy też jest właśnie to zgranie meczowe. To się nie wydarzy jak za dotknięciem magicznej różdżki, że Ty wejdziesz i od razu będziesz mieć pełną wiedzę o każdym.
Oczywiście że tak, choć grałam tu z większością dziewczyn. Mam doświadczenia z Zięmbą, z Zuzią Kulińską. Z Domi [Dominiką Fiszer] też zagrałam wspólnie parę spotkań. Z Olcią i Diggy to wiadomo. Więc jest te pięć dziewczyn, z którymi miałam jakiś sezon doświadczenia czy dwa, gdzie grałyśmy wspólnie. Ale wiadomo jak to jest, po każdej przerwie, po każdej kontuzji myślę, że jak się wraca, to człowiek jest wtedy taki trochę jakby roztrzepany, bo tak się cieszy, że ma tą piłkę, że czasami może głupoty robić. [śmiech] Chociaż mam nadzieję, że nie będzie ich za dużo.
Myślisz, że te pierwsze minuty po powrocie będą porównywalne emocjonalnie do takich pierwszych meczów w karierze? Ta sama radość, ta sama nerwówka?
No, myślę, że tak, zdecydowanie. Myślę, że to będzie taka wielka radość. Tylko w przeciwieństwie do pierwszych meczów to tu już będzie większa presja. [śmiech] Zobaczymy, jak to będzie. Jak wrócę w play-offach, no to już wiadomo, że liczy się każdy punkt, każde zwycięstwo, żeby iść jak najdalej. W rundzie zasadniczej, jak się powinie noga, to możesz nadrobić w następnym meczu. A w walce o medale są zupełnie inne zasady.
I Ty na siebie tę presję nakładasz?
Nie, nie. Myślę, że trener Arek nie pozwoli mi narzucić presji w stylu „O, jak już jesteś zdrowa, to już rób wszystko, co powinnaś od początku sezonu”. Myślę, że on też jest świadomy tego, że jeżeli złapię nić porozumienia z dziewczynami, że będę się z nimi rozumieć na boisku i to funkcjonuje, to da mi szansę i pozwoli wziąć trochę odpowiedzialności. Ale jeżeli będzie widział, że to nie działa tak, jak powinno, to wiem że nie będzie za wszelką cenę cisnął. Wiadomo, że jeżeli coś funkcjonuje dobrze, to też nie zawsze na wszelką cenę w to ingerować.
No właśnie, ale to drugie podejście nie jest do końca łatwe, bo wiadomo, że każdy sportowiec by chciał od razu móc wszystko i móc od razu pomóc.
No pewnie, że tak, pewnie. Będzie to całkowicie nowe doświadczenie, jeśli tak to się potoczy. Zobaczymy. Ja mentalnie nad tym pracuję cały czas, tak że [śmiech] i tak wszystko wyjdzie w praniu.
Na szczęście z tyłu głowy jest jeszcze cały czas kolejny sezon-Bo przecież jesteś z nami związana na dwa lata, więc nie ma aż tak wielkiej presji, że wszystko trzeba postawić na jedną kartę i od razu udowodnić. Możesz sobie dać troszeczkę więcej spokoju.
Dostałam szansę związania się z klubem na dwa lata i skorzystałam z tej szansy. Więc moje szczęście w nieszczęściu jest takie, że faktycznie mam z tyłu głowy bezpieczeństwo w postaci kontraktu na kolejny sezon i wiedzy, że zostaję w Ślęzie. W tym miejscu chciałabym podziękować za podejście klubu do mojej sytuacji, bo na żadnym kroku nie odczułam presji pod tytułem: „Okej, masz kontuzję, to masz dwa miesiące i wracasz. Jeżeli nie, no to jest klops i do widzenia”. Daliście mi mnóstwo wsparcia, że nawet jak mi się nie uda wrócić w tym sezonie, to mam się nie martwić, bo jak powiedziała pani prezes: „W przyszłym sezonie sobie odbijemy”. Ten brak presji mnie bardzo cieszy i uspokajał mnie przez całą drogę i cieszę się, że jestem na przyszły rok. A kto wie, jak mi zdrowie dopisze i wszystko inne się ułoży, no to może jeszcze kolejny rok czy dwa…
To na sam koniec. Czego życzysz przede wszystkim sobie, ale i całej drużynie, tak w tej chwili?
Korzystając z tego, że mam imieniny dzisiaj, to bym życzyła sobie zdobycia medalu razem z zespołem. Chciałabym im w tym jak najbardziej pomóc, a oprócz tego żebym ja był zdrowa i żeby reszcie zespołu też się nic nie przydarzyło.





